Przejdź do serwisu tematycznego

GROT C16A2 w Wojsku Polskim

Potęga modułowości i „wina użytkownika”

8 lipca 2020 roku podpisano umowę na dostawę do Wojska Polskiego ponad 18 tysięcy karabinków Modułowego Systemu Broni Strzeleckiej (MSBS). W wielu mediach podawano, że kupiono „zmodyfikowaną wersję Grota”. To nieprawda, zamówiono dokładnie ten sam karabinek, jaki kupowany jest od 2017 roku. Ponieważ to broń modułowa, po prostu jedne elementy zastąpiono innymi. To przejaw potęgi modułowości MSBS, która powoli staje się zrozumiała dla użytkownika.

Warto wspomnieć, że zmieniła się strona umowy. Pierwsza, podpisana 5 września 2017 roku została zawarta między Jednostką Wojskową NIL (JWN) a Fabryką Broni. Stronami kontraktu z lipca był Inspektorat Uzbrojenia Ministerstwa Obrony Narodowej (gestorem na „broń modułową” są Wojska Obrony Terytorialnej) i producent. Siedmioletnia umowa ma wartość ponad 177,2 mln zł brutto. Na mocy umowy 18 305 karabinków standardowych Grot C16A2 trafi do wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP w latach 2020-2026.

 

70 tysięcy Grotów

Już pierwszy rzut oka na te liczby pokazuje, że jest to umowa skrajnie niekorzystna dla radomskiego zakładu. Dostawy obejmują bowiem tylko 2615 karabinków rocznie! Tyle zakład wytwarza w ciągu kilku tygodni. To zamówienie, które nie pozwala Fabryce Broni „Łucznik”–Radom na przetrwanie po zakończeniu wcześniejszych dostaw. Kiedy do przedstawicieli Ministerstwa Obrony Narodowej dotarło zrozumienie, jak może być interpretowany taki „sukces”, szybko poinformowano, że to umowa ramowa, a MON zapewnia sobie prawo do podpisania kolejnych aneksów i zamówień dalszych Grotów.

Pierwsza umowa z 5 września 2017 roku została zawarta podczas XXV Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach. Aneks do niej podpisano 30 września 2019 roku. Na ich mocy Siły Zbrojne RP odbiorą do 2022 roku 50 737 karabinków Grot C16 FB-M1/M2 (MSBS-5,56KA0/A1). Nowa umowa zwiększa liczbę zamówionych konstrukcji do 69 042 do 2026 roku. Wiadomo jednak, że po zakończeniu badań kwalifikacyjnych karabinka z modułem z krótszą lufą (subkarabinka) MON kupi dodatkowe modele tego typu.

Siły Zbrojne RP używają już blisko 38 tysięcy karabinków Grot w ukompletowaniach A0, A1 i A2. To cały czas ta sama broń, ale z kilkoma pozmienianymi modułami. / Zdjęcie: BLM

Zamówiony w lipcu 2020 roku MSBS nazywa się nieco inaczej, obecnie to Grot C16A2. Broń jest już dostarczana w nowej wersji ukompletowania, która obejmuje wydłużone łoże, zasłaniające regulator gazowy. To efekt doświadczeń eksploatacji karabinka w Wojskach Obrony Terytorialnej i Wojskach Lądowych. Broń, którą do niedawna należałoby nazywać Grot C16 FB-M3 lub MSBS-5,56KA2 ma jeszcze ergonomiczny chwyt pistoletowy, dodatkowe nakładki na łoże, nieco zmienioną obsadę kolby i inny napinacza. Zmiany wyposażenia karabinka objęły także elementy zespołu ruchomego. Nadal każdy Grot dostarczany jest do wojska z ośmioma magazynkami (z czego żołnierze dostają tylko sześć), pasem nośnym, zestawem do czyszczenia i instrukcją obsługi.

Ogólna liczba zamówionych Grotów zaczyna już dorównywać liczbie Beryli. W ramach dwóch umów do Wojska Polskiego ma do 2022 trafić karabinków systemu MSBS. Nowa umowa zwiększa liczbę zamówionych konstrukcji do 69 042 do 2026 roku. / Zdjęcie: MON

Początki

Początki Grota sięgają przełomu XX i XXI wieku, a broń została poczęta w Wojskowej Akademii Technicznej (WAT) w Warszawie. W głowach kilku naukowców i wykładowców w mundurach wykiełkował pomysł opracowania nowego polskiego systemu broni strzeleckiej, który miałby zastąpić broń opartą na „systemie Kałasznikowa”. Najpierw w ramach projektu badawczego 0 T00B 029 24 „Analiza i synteza konstrukcyjno-balistyczna oraz badania dynamiczne broni strzeleckiej zbudowanej w układzie bezkolbowym” przez trzy lata (2003-2006) watowcy badali, czy bezkolbowiec na bazie Beryla ma sens. Doszli do wniosku, że nie ma najmniejszego. Zwieńczeniem pracy było stwierdzenie, że „karabinki bazujące na »systemie Kałasznikowa« osiągnęły graniczny stan modernizacyjny, są konstrukcjami nierozwojowymi”. Naszym zdaniem to nie do końca prawda – czego dowiódł karabinek roboczo nazwany wz. 96D Beryl – ale wyniki położyły podwaliny do następnej pracy. Tym razem przełomowej.

Kolejny konkurs na dofinansowanie projektów z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju rozpoczął się w 2007 roku. Grupie pod silnym kierownictwem Ryszarda Woźniaka udało się uzyskać wsparcie państwa na dalsze prace nad nową polską bronią indywidualną. NCBR rozpoczął finansowanie projektu rozwojowego numer O R00 0010 04 pod tytułem „Opracowanie, wykonanie oraz badania konstrukcyjno-technologiczne karabinków standardowych (podstawowych) modułowego systemu broni strzeleckiej kalibru 5,56 mm dla Sił Zbrojnych RP”. Prace rozpoczęły się na początku grudnia 2007 roku, w ścisłej współpracy z Fabryką Broni „Łucznik”–Radom.

Przedstawiciele WAT zabrali się do dzieła z rozmysłem i rozgłosem. Dobrym pomysłem było na samym początku zaangażowanie w projekt grupy dziennikarzy prasy branżowej. Zapewniło to pracom od razu rozgłos, a większość osób z tej gromadki do tej pory czuje bliski związek z Modułowym Systemem Broni Strzeleckiej kalibru 5,56 mm (MSBS-5,56) i promuje go w mediach.

Ogromne wyzwanie

Pracujący w Zakładzie Konstrukcji Specjalnych Instytutu Techniki Uzbrojenia Wydziału Mechatroniki i Lotnictwa (ZKS ITU WML) WAT mieli naprawdę duże ambicje. Chcieli, aby nowa broń nie była tylko zabawką kilku naukowców, demonstratorem o urodzie malunku Nikifora, ale pierwszym polskim karabinkiem automatycznym. Do tej pory to Polska szczęścia nie miała, zawsze korzystano z wzorów obcych. A gdy już wydawało się, że wprowadzony zostanie 7,92-mm karabin samopowtarzalny wz. 38M konstrukcji Maroszka, to wybuchła druga wojna i po II Rzeczpospolitej nie zostało wiele. Tym razem miało być lepiej.

Wojskowa Akademia Techniczna miała ambicję stworzyć pierwszą rodzimą bronią indywidualną i wprowadzić ją do uzbrojenia. Miała być nowoczesna i modułowa, niezwykła i wyprzedzająca wszystko, co do tej strony powstało. W prace zaangażowano strzelców oraz specjalistów od wzornictwa przemysłowego. Sprawdzono i porównano jak wygląda obsługa broni podczas strzelania we wszystkich nowoczesnych modelach na świecie i wybrano mieszankę rozwiązań własnych i sprawdzonych. Zadbano o długie badania nad ergonomią konstrukcji. Sprawdzano szybkośc reakcji strzelca, czasy wymiany magazynka w odmianach klasycznej i bezkolbowej. Efektem jest broń ładna, ale i funkcjonalna. Rozmieszczenie manipulatorów i ich dostępność są lepsze od konstrukcji, którą wielu uznaje za wzorcową, czyli od amerykańskiego karabinka M16. Pod tym względem polski MSBS bije model z USA.

Modułowa konstrukcja

Efektem projektu MSBS-5,56 jest naprawdę niezwykła rodzina broni. Naukowcom z WAT i konstruktorom z Fabryki Broni „Łucznik”–Radom udało się stworzyć bardzo ciekawą, jedyną w swoim rodzaju, nowoczesną konstrukcję. Prawdziwie Modułowy System Broni Strzeleckiej. To pierwszy sekret tej konstrukcji.

Oznacza to, że można broń sobie poskładać dowolnie do swoich potrzeb, korzystając z dostarczonych klocków. Czasy, kiedy żołnierz miał otrzymać karabinek w konfiguracji rodem z fabryki i niczego w nim nie zmieniać, miały odejść w niepamięć. Modułowość oznaczała, że wszystkie zespoły broni są wymienne i dostosowywalne do misji.

Nie podoba się zespół lufy długości 406 mm? Można go sobie natychmiast wymienić na taki z 256-mm lufą. Komuś nie pasuje kolba? Demontuje ją i w to miejsce zakłada obsadę i taki model, jak mają prawdziwi Amerykanie w swoich M4. Nie odpowiada kaliber? Można wymienić zespół lufy i może też zamek na dopasowany do innego naboju. Łoże jest dla długorękiego strzelca za krótkie? Hop, siup, wysuń łącznik, zdemontuj, zamontuj dłuższe i po sprawie. Mechanizm spustowy się nie podoba, bo nacisk na spust jest za duży, zbyt twardy, za bardzo wojskowy? Strzelec wyborowy miał szansę go wysunąć i wstawić nowy, precyzyjny o leciutkim oporze.

Dodatkowo całą komorę zamkową i wszystkie komponenty poskręcano śrubkami, tym bardziej ułatwiając zmiany. Niezłe, prawda? I znowu, w teorii tak. W praktyce jednak… Ale o tym może za chwilę. Przejdźmy do kolejnych sekretów.

8 lipca 2020 roku podpisano umowę na dostawę do Wojska Polskiego ponad 18 tysięcy karabinków Modułowego Systemu Broni Strzeleckiej (MSBS) Grot w odmianie ukompletowania A2. Dla wojska jest to nowa broń, ale to cały czas ten sam karabinek z wymienionymi kilkoma dodatkami. / Zdjęcie: MON

Uniwersalna komora

Poza modułowością twórcy poszli nawet krok dalej. Drugim z sekretów MSBS jest to, że to broń z uniwersalną komorą zamkową. Opracowano ją w taki sposób, aby łatwo można do niej było podpiąć komorę spustową i kolbę konstrukcji w układzie klasycznym lub komorę spustową i dodatki czyniące z tego modelu karabinek w układzie bezkolbowym. Czegoś takiego jeszcze nie było. I w teorii to świetne rozwiązanie. Logistycy też powinni się ucieszyć.

Na pierwszy rzut oka ukompletowanie Grot C16A2 wyróżnia dłuższe łoże. Tyle tylko, ze po jego zamianie w starszych karabinkach niczym nie będą się różniły od nowszych. Karabinki Grot C16A2 już trafiają w ręce żołnierzy WOT. / Zdjęcie: MON

Konsekwencją takiego wyboru była też decyzja o opracowaniu systemu wyrzucania łusek na prawo lub lewo. Bo inaczej leworęczny użytkownik bezkolbowca przy strzelaniu miałyby dużo małych, ale wyjątkowo gorących problemów. To następny sekret MSBS: zamek, który w zależności od orientacji pozwalał na wyrzut łusek na dowolnie wybraną stronę komory zamkowej. Troszeczkę skomplikowany pod względem współpracy z suwadłem i technologicznie, ale opatentowany i polski. Na świecie są tylko dwa inne patenty na takie rozwiązanie – izraelski rodem z karabinka Tavor TAR-21 oraz niemiecki z granatnika samopowtarzalnego XM-25.

Jedynym użytkownikiem subkarabinka Grot C105A0 jest Straż Graniczna. Formacja kupiła partię modułowej broni z lufami długości 406 i 267 mm, używane są w zasadzie tylko te drugie. / Zdjęcie: Jakub Link-Lenczowski

Wielokalibrowość

Początkowo MSBS dostosowano do amunicji pośredniej 5,56 mm x 45 NATO (dlatego MSBS-5,56), w wyniku kilkugodzinnych prac po godzinach konstruktora prowadzącego także do naboju 7,62 mm x 39 wz. 1943. Tego samego, którym strzela kałasznikow. A po kilku latach także zasilany już poważna amunicją karabinową 7,62 mm x 51 NATO. W zasadzie to łatwo broń można dostosować do wielu innych nabojów, czy to wymyślnych jak 6,5 mm x 38 Grendel czy 6,8 mm x 43 SPC – bo mają zbliżoną czy wręcz identyczną długość jak 5,56 mm x 45, ale także do 6,5 mm x 49 (6,5 mm Creedmoor). I to wszystko prosto, bo broń jest modułowa.

Używany przez Straż Graniczną karabinek MSBS w ukompletowaniu z krótszą 10,5-calowym zespołem lufy. Cała reszta to dokładnie ten sam Grot, co pozostałe. To potęga modułowości! / Zdjęcie: Jakub Link-Lenczowski

MSBS czyli Grot

Wszystko się udało, po prawie dziesięciu latach (z czego przynajmniej dwa zmarnowano na zaciekłą walkę z wojskową biurokracją). Po licznych perypetiach, zmianach połowy broni, po dołączeniu do programu Tytan, a później wyłączeniu MSBS-5,56 – decyzją ministra Obrony Narodowej – z polskiego „wojownika przyszłości”. Po utworzeniu nowego rodzaju sił zbrojnych: Wojsk Obrony Terytorialnej. Złożenie się tych czynników pozwoliło na zamówienie broni poza zaawansowanym indywidualnym systemem walki. Wszystko miało być tak pięknie…

Na początku września 2017 roku podczas Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego zawarto umowę między Jednostką Wojskową Nil (ówczesnym gestorem sprzętu dla Wojsk Obrony Terytorialnych) i Fabryką Broni „Łucznik”–Radom. Wówczas jej szczegóły były objęte tajemnicą, dzisiaj już wiadomo, że zamówiono (wraz z podpisanym później aneksem) 50 737 karabinków MSBS nazwanych „Grot”. Miano to pochodzi od pseudonimu Stefana P. Roweckiego, generała dywizji i komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej a później Armii Krajowej.

Samą konstrukcję nazwano dwojako. W Fabryce Broni „Łucznik”–Radom funkcjonowało określenie narzucone przez ówczesnej młode wilki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej – Grot C16 FB-M1. C16 to oznaczenie wersji kolbowej (klasycznej, Classic stąd C) i długości lufy 406 mm (16 cali). FB to oczywiście producent, czyli Fabryka Broni, a M1 to pierwszy model. Tymczasem w wojsku przejęto nazwę z Tytana, czyli MSBS-5,56K (K od kolbowy) i dodano swoje trzy grosze, czyli oznaczenie wariantu A0. Dostawy rozpoczęto w 2017 roku, a mają zakończyć się w 2022 roku.

Często pojawiają się głosy, że broń nie ma badań lub dopuszczeń. To bzdury. Pod koniec 2017 roku karabinek podstawowy nazwany Grot C16 FB-M1 z 406-mm (16-calową) lufą przeszedł z wynikiem pomyślnym badania kwalifikacyjne i trafi do uzbrojenia. Razem z nim badania przeszedł 40-mm granatnik podwieszany GP i nóż-bagnet. Broń musiała jeszcze przejść przez ocenę oceny zgodności wyrobów przeznaczonych na potrzeby obronności i bezpieczeństwa państwa ze specyfikacjami technicznymi. I tego też dokonano.

Grot C16A2, czyli najnowsza odmiana modułów dołączonych do konstrukcji niezmienionej od 2017 roku, przepuszczona przez wojskową machninę biurokratyczną i konserwatyzm. Wszystko dla poprawy ergonomii i funkcjonalności. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

 

Tradycja i kopiowanie

Tutaj mała dygresja. Przy całej sympatii redakcji „MILMAG” do Wojsk Obrony Terytorialnej, drażni w tym nowym rodzaju sił zbrojnych poziom kopiowania żywcem rozwiązań rodem z Ameryki. W połączeniu z naszymi narodowymi przywarami występuje tutaj przedziwny kult cargo. To zderzenie naiwnych i prostych wierzeń myślowych, polegające na przekonaniu, że przenoszenie wzorców z rzekomo bardziej zaawansowanych pod każdym względem Stanów Zjednoczonych na rodzimy grunt da w efekcie natychmiastowe i magiczne efekty. I wszystko będzie wspaniale.

Dokładnie to samo zaszło i w przypadku nazewnictwa broni. I dobrze widoczne jest zderzenie narracji. Z jednej strony Wojska Obrony Terytorialnej na każdym kroku nawiązują do tradycji i podkreślają jej znaczenie. Z drugiej: gdy chcą „po amerykańsku” sygnalizować nowoczesność, natychmiast ową tradycję porzucają bez żadnej refleksji, byle powierzchownie skopiować coś, co się będzie modnie kojarzyło ze wspaniałościami zza oceanu. Być może wpływ na to ma fakt, iż kadra tworząca pierwotny szkielet WOT często wywodziła się z Wojsk Specjalnych, czyli formacji szkolonej przez Amerykanów.

To zderzenie widać na przykładzie nazewnictwa. Redakcja „MILMAG” do tej pory nie może zrozumieć, dlaczego WOT nie nazwał swojego podstawowego karabinka wz. 2017 Grot, co byłoby jednoznacznym nawiązaniem do tradycji właśnie. Zamiast tego wymyślono skserowane z amerykańskiej broszurki o broni zapisy alfanumeryczne, od A0 do A2, w dodatku z oznaczeniem długości lufy w calach, a wyróżnienie odmiany klasycznej (kolbowej) oczywiście od angielskiego słowa classic.

Ciekawe, czy ktokolwiek z wprowadzających to oznaczenie wie, że litera A to skrót od angielskiego słowa amendment, czyli poprawka? Pewnie nikt się nie zastanawiał, skąd akurat taka liera. Gdzie tutaj tradycja? W Berylu było lepiej, oficjalnie to był karabin(ek) wz. 96, a kolejne warianty nosiły nazwy A, B i wreszcie C. Do wz. 96D wojsko nie dotarło, a szkoda; była to najbardziej zaawansowana i najciekawsza wersja broni. Pistolet VIS 100 też można było wprowadzić do uzbrojenia pod nazwą wz. 2017 VIS 100.

Zderzenie światów

Wracając do Grota. Cały opis modułowości, funkcjonalności, ergonomii, wielokalibrowości, ten potencjał – wszystko to brzmi wspaniale i rewolucyjne. Broń rodem z przyszłości dla nowoczesnego żołnierza. Tak, ale jednak nie. Dlatego, że wojsko jednak tkwi w wieku XIX i nie zamierza tak łatwo z niego wyjść. Stało się coś dziwnego. Trochę jakby człowiekowi rodem z wiktoriańskiej Anglii nagle wręczono smartfon, tłumacząc mu jak działa, ale nie dając instrukcji obsługi. Co on ma z zrobić z takim urządzeniem, gdy nie ma sieci komórkowej dookoła?

Zdawałoby się, że cała historia zakończy się dobrze, królewicz uwolni swoją wybrankę, poślubi księżniczkę i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. Bowiem to, co jest największą zaletą Modułowego Systemu Broni Strzeleckiej kalibru 5,56 mm (MSBS-5,56), jest także jego największą wadą. I to na kilku poziomach.

Zacznijmy od modułowości. To bardzo fajna cecha. Tylko akurat nie dla wojska w typie, powiedzmy, Sił Zbrojnych RP. Wojsko nie jest zwolennikiem idei, że żołnierz mógłby samodzielnie coś przy broni zmieniać lub modyfikować według swojego uznania. Ma dostać i używać zgodnie z zatwierdzoną instrukcją. Tyle.

Żołnierze nie radzili sobie z nowoczesnym pasem nośnym, który wcześniej z powodzeniem dostarczano setkami do Wojsk Specjalnych. Dlatego zastąpiono go nowszym, ulepszonym rozwiązaniem, który zbliża go do pasa rodem z kałasznikowa. Krok w przód i dwa kroki wstecz. A wszystko przez brak szkolenia z obsługi. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Taki lepszy AK

Wojsko tak naprawdę nie było gotowe na modułową rewolucję. Chciało „lepszego kałasznikowa” i na to się nastawiało. Serio, wojsku zmodyfikowany Beryl wystarczyłby jeszcze na kilka dekad. Sprawdzony po Afganistanie i Iraku miał wszystko co potrzeba, a nawet więcej. Szyny, półeczkę pod palec na bezpieczniku, wysuwaną kolbę i na dodatek podwieszany granatnik, gdy ktoś lubi nosić. Do tego celny. Miał też wersję skróconą dla tych, którzy na rozpisce mieli dostać wersję skróconą. Tylko za dużo celowników do niego nie kupiono.

Więc wojsko potraktowało MSBS jak takiego lepszego kałasznikowa. Modułowość? Jaka modułowość? Siły Zbrojne RP kupują jedną, gotową konfigurację. Na domiar złego, ponieważ wojsko było przekonane, że kupuje „lepszego kałasznikowa”, do szkolenia nowego narybku skierowano ludzi, którzy bardzo dobrze znali starego AK. Skoro znają Beryla, to muszą też wiedzieć, jak działa broń. I, jak myślano w wojsku – po prostu sobie poradzą. To był przepis na katastrofę, która rzeczywiście nastąpiła, tylko mniej w realnym świecie, a bardziej na poziomie myślenia o nowej polskiej broni.

Wracamy do 2017 roku, pierwsze tysiąc Grotów trafia do nowo utworzonych, formowanych od podstaw Wojsk Obrony Terytorialnej. Wyznaczeni przed dowódców zawodowi instruktorzy z kadry przechodzą kursy prowadzone przez Fabrykę Broni „Łucznik”–Radom, zapoznają się z bronią, strzelając i rozkładając. Do tej pory fajnie. Większość myśli, że da sobie radę, na Berylu się zna, to z MSBS też sobie poradzi. Tylko że nowy karabinek to nie AK.

 

Gdzie są przyrządy?

Tutaj pojawia się grzech pierwszy. Broń kupiono bowiem bez przyrządów celowniczych. Teoretycznie ona te przyrządy miała, fajne takie, małe i składane. Tylko, że konstruowano je z myślą, że nikt ich nie będzie używał. Że to tylko rzecz awaryjna i zapasowa. Proszę się przyznać, kto celowo wyciągał z bagażnika koło dojazdowe, zamieniał na normalne i uczył się z nim jeździć? Właśnie. Grot od początku miał być kompletowany z przyrządami optoelektronicznymi. A nawet optycznymi, jak się znajdą. Nie ze składaną muszką i tak samo składanym przeziernikiem jako głównym rozwiązaniem do celowania.

Jeżeli awaryjne przyrządy zaczyna się traktować jako podstawowe, to robi się problem. Po pierwsze te podstawowe mają przecież być stałe i pancerne. Obudowane tak, aby upadek, czołganie, strzelanie, bicie przeciwnika nie wzruszało ich bardziej niż wiosenny deszczyk. Takie są podstawowe przyrządy celownicze każdej broni. Tymczasem zapasowe są delikatne. Na dojazdówce nie uprawia się przecież rajdów ani nie sunie z prędkością 195 kilometrów na godzinę. A jak się zaczyna bronią z awaryjnymi przyrządami rzucać, to one na tym cierpią.

Choć przeziernik w Wojsku Polskim jest nowością, choć z Grota ustawionego fabrycznie dawało się całkiem nieźle trafiać (o czym zresztą przekonali się redaktorzy „MILMAG”, testując broń), to jednak zapasowe przyrządy nie podbiły żołnierskich serc. Kto kocha dojazdówki? Dowództwo WOT szybko się zorientowało, w czym rzecz, i zaczęło zamawiać celowniki optoelektroniczne – kolimatory.

Perfekcyjna (nie)doskonałość

Tutaj mała dygresja dotycząca „narodowego ducha”, autostereotypu polskiego. Napisano na ten temat tomy. W skrócie rzecz ujmując: każdy z rodaków jest od dziecka wychowany w kulturze honoru, dla której błąd to utrata twarzy, strata honoru, plama na życiorysie. Błędów popełniać nie można, błąd przekreśla. Przeciwieństwem jest kultura godności, dla której błąd to po prostu doświadczenie, na bazie którego należy się uczyć i modyfikować.

Polski autostereotyp. Walka z nim przypomina bój toczony przez Don Kichote z Manchy z wiatrakami. Polski wynalazek ma być przełomowy, najlepszy i najdoskonalszy, przebijający wszystko inne. Jeżeli takowy nie jest, ma choć cień skazy, wówczas jest porażką, natychmiast skazaną na niepowodzenie. Czyli albo doskonałość, albo narzekanie, że nic nie umiemy. Nie ma nic pośrodku.

Jaki miał być Grot dla użytkownika? Doskonały. Nie mógł się zacinać. Nie mógł się uszkodzić. Nie mógł mieć cienia skazy. Musiał przewyższać wszystko, czyli być cudownie prosty, bajecznie łatwy w obsłudze. Co więcej, ponieważ w hollywoodzkich filmach broni się nie konserwuje lub tylko przeciera szmatką w scenach przygotowania do misji, miał magicznie zachowywać dziewiczą czystość przez cały czas obsługi. Słowem – miał być lepszy od wszystkiego, co stworzono.

A tu okazuje się, że jest to normalna broń. Czasami się zatnie, szczególnie na upartych ślepakach. Czasami coś w nim się popsuje czy złamie. Grot nie jest cudownie prosty, choć ergonomię i funkcjonalność ma na wysokim poziomie. Nie jest też taki znowu łatwy w obsłudze, do czego przyczynia się – niestety! – jego modułowość. Zaleta staje się wadą. W przeciwieństwie do broni z gier komputerowych trzeba go czyścić i konserwować oraz właściwie eksploatować. Bez tego nie będzie dobrze działał. Dla wielu to jest ogromnym rozczarowaniem.

Nowe ukompletowanie A2 – dłuższe łoże z nakładkami i pionowym chwytem przednim, a dodatkowo ciekawy pod względem wzornictwa i przemyślany chwyt pistoletowy. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Brakujące elementy

Jak bumerang wraca tutaj kwestia systemu broni, które potrzebny jest Wojsku Polskiemu. Decydenci w mundurach po prostu zamierzają zastępować obecnie używane modele w układzie jeden do jednego. Czyli Beryla zastąpi karabinek standardowy Grot C16 z 406-mm lufą, a Mini Beryla – subkarabinek Grot C10 z lufą długości 256 mm. Ten ostatni ma też wyprzeć z użycia pistolety maszynowe do amunicji 9 mm x 19, czyli PM-84P i PM-98.

A więc po kolei: rolę Beryla przejmuje „lepszy kałasznikow”, czyli Grot C16. Mini Beryla jeszcze nic nie może zastąpić, bo chociaż karabinek standardowy MSBS-5,56K wyłączono z programu Tytan, to jednak subkarabinek w nim został. Badania kwalifikacyjne mają się skończyć w pierwszym kwartale 2021 roku. Czegoś nie przemyślano i nie da się jeszcze dokładnie zastąpić obecnego układu uzbrojenia. Dobrze, że Wojska Obrony Terytorialnej nie domagają się na szybko subkarabinków.

Skrócone wersje Grotów z „cywilnymi” 267 mm (10,5 cali) lufami kupiła w postaci zestawu ze standardową 406-mm lufą tylko Straż Graniczna. Po pierwszym okresie docierania się pogranicznicy nie narzekają. Jako jedyni używają subkarabinków MSBS-5,56, chociaż fakt, że nie z wojskową lufą, której długość ustalono na 256 mm (10 cali).

Nie ma też granatnika jednostrzałowego GP, mimo że badania tej konstrukcji zakończyły się wraz z MSBS-5,56K pod koniec 2017 roku. Podwieszana wersja jest opracowana przez Fabrykę Broni „Łucznik”–Radom, gotowa i czeka jedynie na zamówienie. Ale wojsko nie chce zamawiać, bo najpierw minister Obrony Narodowej musiałby granatnik wyciągnąć swoją decyzją z Tytana. Po drugie w tymże programie żołnierza przyszłości musi najpierw zostać opracowana nowa polska amunicja 40 mm x 46SR o niskiej prędkości wylotowej (LV). A do tego jeszcze chwila. Zatem Wojsko Polskie nie ma czym jeszcze zastąpić ani karabinka-granatnika wz. 74, ani nowszego karabinka-granatnika systemu SBAO-40, czyli podwieszanego GPSO-40 produkowanego przez ZM Dezamet.

Czy da się gdzieś na świecie sprzedać system broni strzeleckiej, którego elementy nie są wprowadzone do sił zbrojnych państwa-producenta? Można, ale jest to trudne. Najpierw wszystkie brakujące elementy należy jednak wprowadzić do Wojska Polskiego. A to szykuje się dopiero w 2021 roku.

Gdzie bezkolbowiec?

W Tytanie jest jeszcze karabinek standardowy w układzie bezkolbowym, tylko że nie wiadomo po co. Bez przyjęcia – przynajmniej w ograniczonym zakresie – bezkolbowców do uzbrojenia SZRP nie można myśleć o eksporcie, ale ich zastosowanie jest ograniczone. Wojsko Polskie przecież modułowe nie jest i nie myśli po modułowemu. Zestawów do przeróbki Grota na bezkolbowca nie kupi, bo to myślenie rewolucyjne. A wojsko rewolucji nie lubi.

Można co najwyżej przemycić bezkolbowca, tego Grota B10 z maksymalnie skróconą lufą do uzbrojenia załóg pojazdów. To może być łatwiej, bo obecnie czołgiści i bewupiarze używają pistoletów maszynowych, a od takiej broni w Siłach Zbrojnych się odchodzi. Na dobrą sprawę i tutaj subkarabinek w układzie klasycznym może okazać się lepszy, bo bardziej standardowy.

Bezkolbowiec ma swoje zalety. Jest na przykład znacznie lepiej wyważony i poręczny z granatnikiem podwieszanym. Broń w odmianie Grot B10-GP jest zwarta, wygodna do noszenia i strzelania. Trudno sobie jednak wyobrazić w instytucji, której konserwatyzm porównywalny jest z Kościołem, w jednej drużynie klasyczne karabinki standardowe i subkarabinki oraz znienacka karabinek-granatnik w układzie bez kolby właściwej. Choć z drugiej strony to Wojsko Polskie – może jeszcze zaskoczyć.

 

Grzech główny

Grot trafia do WOT. Z jednej strony niedoświadczeni instruktorzy, z drugiej weekendowi ochotnicy. Wojsko pełne zapału i entuzjazmu, ale mające w głowach wzorce z amerykańskich filmów akcji i gier wideo. Nowo tworzony rodzaj sił zbrojnych. Tworzone w biegu procedury łatane zaangażowaniem. Zderzenie wojskowego świata z cywilnym podejściem.

Jak to wyglądało w praktyce? Na tej scenie występuje instruktor, który jedynie przekartkował instrukcję obsługi. Broń to broń, a to jest po prostu „lepszy kałasznikow”. Pojawiają się też inni aktorzy: rekruci z różnych środowisk konfrontujący swoje wizje z wojskową rzeczywistością. I szesnaście dni napiętego do granic szkolenia.

Na zapoznanie się z nowym karabinkiem jest jeden dzień. Później się z nim chodzi, śpi, je i nosi go wszędzie. Tak, pod prysznic także. Grot widział wiele. Grot pamięta. Nie ma tutaj czasu na naukę działania mechanizmów. Tu naciskasz, tam wylatuje pocisk. A teraz biegiem do innych zadań.

Warto dodać, że szkolony żołnierz nie dostaje instrukcji. Ta bezpiecznie leży w skrzyni i czeka na niezapowiedzianą kontrolę. Gdy takowa się zjawi, będzie można z dumą oznajmić, że stan się zgadza i niczego nie brakuje. Instrukcja, nowiutka i śliczna, czeka. Po co ją komuś dawać? Jeszcze zniszczy lub zgubi.

Inna rzecz, że akurat na polu książeczek opisujących broń i jej użytkowanie, a także sposoby i zasady strzelania, Wojsko Polskie poddało się już dawno. Zamknęło komórki odpowiedzialne za ich tworzenie i od tego czasu instrukcję dostarcza producent. Co może pójść źle, gdy inżynier pisze zbiór zasad dla wojska?

Polskie instrukcje Fabryki Broni „Łucznik”–Radom do broni są świetne. Dla autora piszącego teksty o broni, dla znawcy tematu, dla kolekcjonera. Kochają je miłością pierwszą, zwłaszcza jeżeli znają zachodnie odpowiedniki. To połączenie wszystkiego, łącznie z poradnikiem rusznikarskim. Cudo. Tylko że nie do końca nadają się dla żołnierza. Żołnierz ma dostać osiem stron najważniejszych informacji na papierze pergaminowym lub folii, złożone tak, aby mu się w kieszeni munduru mieściło. W dodatku z wyraźnie wyróżnionym fragmentem obsługowym: jak się zakłada pas oraz jak się czyści i konserwuje. To wszystko. Nie będzie się doktoryzował z każdej sprężyny, trzewika i kołka.

Kwiatki pana kaprala

Jakież to mity, bajki i legendy krążą o Grotach w wojsku, to trudno czasami uwierzyć. Od dawna bowiem wiadomo, że za taniec kiepskiej baletnicy winę ponoszą baletki. A zatem to broń jest zła. Nigdy użytkownik. Jest zła, bo czasami się zacina, trzeba ją czyścić i nie wykonano jej z adamantium. Czyli bez konserwacji zacznie pokrywać się rdzą. To, że dokładnie tak samo zachowują się wszystkie inne konstrukcje na świecie, nie jest żadnym wytłumaczeniem. Przecież MSBS miał być doskonały. Samoczyszczący. Niezacinający. Ale nie jest, więc jest „gniotem”, „gratem” i co tam ktoś jeszcze z poczuciem humoru rodem z Bawarii wymyśli.

A zatem legendy. Po pierwsze, że broni nie trzeba czyścić. Cóż, Amerykanie przerabiali to w latach sześćdziesiątych z M16. Nie zadziałało. Ludzie ginęli. W Polsce na szczęście nie giną, ale wiara pozostaje. Po drugie: nie można wyciągnąć lufy do czyszczenia, bo przekręci się śrubę i przestanie celnie strzelać. Osoba, która opowiada takie bajki chyba nigdy nie zmieniała lufy w broni maszynowej. Podpowiedź – nie traci ona celności. A tak, w Grocie nawet po tysięcznej wymianie lufy żadna śruba się nie przekręca.

Jednym z najbardziej rozpowszechnionych mitów jest opowieść o tym, że broń jest w okresie początkowego rozwoju, w którym mogą wychodzić choroby wieku dziecięcego. Nie, nie jest. I nie, nie mogą. Jest sprawdzoną konstrukcją; gdyby była w jakimkolwiek stopniu wadliwa, nie przeszłaby badań i nie trafiła do wojska. O tych badaniach jednak za chwilę, bo tutaj kryje się pewien kruczek.

Nieprawdą jest, jakoby to polską konstrukcję miano wykonać z rzekomo gorszych jakościowo materiałów. W rzeczywistości jest z identycznych, jak inne cenione konstrukcje, w tym Beryl czy AK. Dokładnie takich samych. I wykonana w takich samych normach wojskowych. Nie może być inaczej, gdyby pojawiły się odstępstwa, nie trafiłaby do sił zbrojnych.

To o co chodzi z tymi materiałami? To nawet ciekawe, bo do Wojsk Obrony Terytorialnej trafiają czasami posiadacze broni. Tacy, którzy wydają ciężko zarobione pieniądze na tani karabinek AR z napisem Made in USA oczywiście. I są przekonani, że skoro im broń nie rdzewieje po godzinie na strzelnicy, to żadna nie rdzewieje. Na pytania o to, ile oddali z niej strzałów amunicją ślepą, ile razy czołgali się, ile razy spędzali z nią dwadzieścia cztery godziny na dobę w różnych temperaturach i wilgotności, nie pada żadna odpowiedź.

Rdzewienie i chwalenie

Grot rdzewieje, co widać na zdjęciach krążących w Internecie. Do tych fotografii to jeszcze wrócimy. Zacznijmy od tego z czego składa się karabinek – z komory zamkowej ze stopu aluminium, łoża ze stopu aluminium, komory zamkowej z tworzywa sztucznego oraz kolby z tworzywa sztucznego. Do tego dochodzi magazynek z korpusem z plastiku, plastikowy chwyt oraz manipulatory. To co w ogóle może zardzewieć, skoro te główne elementy są wykonane z nierdzewiejących materiałów?

To, co ze stali, oczywiście. A z niej wykonano zespół lufy, zawias kolby, suwadło, zamek, iglicę, przyrządy i ich montaże, sprężynki, śrubki i łączniki. Owszem, jeżeli o broń się nie dba, a żołnierz ma karabinek po pewnym użytkowaniu z uszkodzonymi lub startymi powłokami ochronnymi, to proces korozji będzie zachodził. Praw fizyki nie da się zmienić. Dotyczy to każdej broni na tej planecie. Oczywiście można wszystko chromować lub kłaść ochronne warstwy, ale koszt karabinka wzrośnie niebotycznie. Dlatego nikt, kto musi się liczyć z kosztami, tego nie robi.

A jak można tego uniknąć? Odpowiednio konserwując i czyszcząc broń. I wbijając sobie do głowy, że to normalne działanie. Jak mycie zębów przed snem. Między bajki należy włożyć przekonanie, że inna broń w podobnych warunkach nie pokrywałaby się powierzchniową korozją. To, co ze stali, poddawane działaniom żołnierza wcześniej czy później będzie uszkodzone (to jest wpisane w normalną, wojskową eksploatację), a zatem gorzej zabezpieczone. Broń trzeba czyścić, nie ma innego wyjścia. I to tym częściej, im intensywniej się jej używa w różnych warunkach.

Zresztą w każdym regulaminie armii, która toczy bitwy, jest to opisane jasno. Nawet jednostki specjalne operujące na zapleczu nieprzyjaciela tego przestrzegają. Jedna trzecia śpi i wypoczywa, jedna trzecia pilnuje, a jedna trzecia czyści broń. I nie chce być inaczej.

Wracając do zdjęć umieszczanych w serwisach społecznościowych, pokazujących elementy karabinków pokryte korozją: to przerażające i smutne zarazem, jak osoby, które to robią, nie rozumieją, jakie świadectwo sobie wystawiają. Żaden żołnierz, który rozumie, jakie znaczenie ma jego broń podstawowa, nigdy by sobie na to nie pozwolił. Jest to przecież jego główne uzbrojenie, w sytuacji konfliktu jednocześnie oręż i konstrukcja zapewniająca przeżycie, gdy trzeba będzie strzelać do tych po drugiej stronie.
To mniej więcej takie niezrozumienie sprawy, jak umieszczanie zdjęcia brudnych i zamoczonych butów po marszu przez trudny i podmokły teren. Po takim przejściu bez czyszczenia i wysuszenia są brudne i mokre, a w skrajnych przypadkach pokryją się pleśnią i rozpadną. To szokujące, prawda?
Szczególnie doświadczone są karabinki stosowane do szesnastodniowego szkolenia. Wcześniej kilka razy trafiły w ręce rekrutów, z których instruktorzy wykuwają żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Z natury rzeczy takie egzemplarze są najbardziej wyeksploatowane – a nawet uszkodzone czy zużyte. Dlatego należy dbać o niej bardziej, bo to cenna lekcja utrzymania broni w stanie przygotowania (którą wpaja się rekrutom na całym świecie).

Nieszczęsny regulator

W każdej opowieści tkwi jednak ziarnko prawdy. W historii Grota jest to przede wszystkim zagubiony regulator gazowy. MSBS został wyposażony w zespół lufy z wyraźnie wystającym, dużym regulatorem gazowym. Zgodnie z zapisami instrukcji ma dwa położenia. Pierwsze służy do strzelania w umownych normalnych warunkach i z tłumikiem dźwięku. Drugie ma być wykorzystywane do prowadzenia ognia w trudnych warunkach.

Czy ma to sens, można polemizować, bo regulator w karabinku nie jest do końca potrzebny. Z pewnością służy jako nakrętka na komorę gazową i poruszający się w jej wnętrzu tłok. Konstrukcyjnie znalazłby się tam tak czy inaczej, więc wprowadzono dodatkową funkcję, aby uzasadnić jego istnienie.

Z regulatorem jest problem. Żeby go zrozumieć, trzeba cofnąć się nieco w czasie. Im bliżej przyglądać się sprawie, tym bardziej widoczne jest, że konstruktorzy z Wojskowej Akademii Technicznej i Fabryki Broni „Łucznik”–Radom stworzyli świetną broń do strzelania. Celną, niezawodną, ergonomiczną i funkcjonalną. Taką, której podczas prowadzenia ognia można w pełni zaufać.

MSBS jest niezawodny na dowolnej amunicji, czy to polskiej 5,56 mm x 45, czy też dowolnego producenta spełniającej STANAG 4172. A to nie jest proste i nie każda, nawet renomowana konstrukcja spełnia takie warunki. Bywa, że do wybranego karabinka trzeba kupować jedyną pasującą amunicję, dającą określone ciśnienie i czas deflagracji (spalania się materiału miotającego). Na innej się po prostu zacina, o czym z zaskoczeniem przekonali się tacy czy inni komandosi. W Grocie tego problemu nie ma, jest wszystkożerny.

Ale właśnie – Grota stworzono do strzelania, a nie do noszenia. Kłopot w tym, że w wojsku przez 99% czasu broń się nosi. Dopiero ten jeden, ostatni procent stanowi strzelanie.

Broń się nosi a nie strzela

Podczas strzelania broń radzi sobie świetnie. Ale noszenie to kłopot. Wymaga wielokrotnego przerzucania broni na pasie przez pierś, ramię i jak tam jest użytkownikowi wygodnie. Jeżeli mamy zaś na konstrukcji duży, wyróżniający się element, który jest w dodatku czepliwy, to nieszczęście gotowe. A żołnierz siedzi na jelczu, chodzi po lesie, zawadza bronią o krzaki, gałęzie i oporządzenie kolegów. Podczas tych wszystkich manipulacji karabinkiem czasami zdarzy się przestawić pozycję regulatora gazowego, utrzymywanego w miejscu siłą prostego zatrzasku, którego siła jest w jednym karabinku mniejsza, a w drugim większa.

Pal licho, jeżeli z położenia ze strzelania normalnego przestawi się do prowadzenia ognia w warunkach silnego zanieczyszczenia. Nic się wówczas nie stanie. Ale jeśli odpowiednio zahaczymy, to regulator przesunie się w położenie do demontażu. Może się wysunąć i wypaść, a za nim tłok z komory gazowej. Czasami to się działo samo, gdy broń spadała na strzelnicy z półeczki, a co za tym idzie – regulator ulegał przestawieniu.

Nie powinno się tak zdarzać. W wojsku jest ponad 37 tysięcy karabinków Grot. Zgodnie z danymi przekazanymi przez Wojska Obrony Terytorialnej problem z regulatorem zgłaszano w 0,31% używanych konstrukcji. Żołnierze radzili sobie z tym na kilka sposobów. Najbardziej znany to założenie plastikowej opaski samozaciskowej (trytytki). Przekładano ją przez otwór w regulatorze, szczelinę technologiczna na łożu i już. Problem z głowy. Ale to pomysł z gatunku wyciągania gołymi rękami ciepłych ziemniaków z ogniska. Komora gazowa to najbardziej gorąca część broni, a tworzywo się topi.

Co bardziej zmyślni do zabezpieczenia regulatora używali drutu z kancelarii. To już miało większy sens. Stosowano też inne patenty – na przykład kadra zastępowała oryginalne regulatory własnymi wynalazkami, często bardzo zaawansowanymi. Szkoda skądinąd, że po prostu nie zastosowano ich seryjnie. No, ale w wojsku dokumentacji zmieniać nie można. Jest wykuta w kamieniu i przyniesiona przez proroków ze szczytu góry.

Przepisy z XIX wieku

No właśnie, dlaczego nie zamieniono regulatora lub nie zmodyfikowano zespołu lufy? Wracamy do opowieści o konserwatyzmie wojska. Modułowość nie istnieje. Gdy występuje kłopot, należy zmienić wszystko, ale tak, jakby nic nie zmieniano. Kiedy się zmieni za dużo, to trzeba powtarzać badania. Z kolei obieg dokumentów rodem z XIX wieku zakłada, że zmieniać się nie powinno, chyba że w ostateczności.

Dlatego zamiast przekonstruować zespół lufy, który sprawiał żołnierzom problem, kłopot ominięto, zostawiając go na przyszłość. Po prostu wprowadzono dłuższe łoże, które zasłoniło wystający element. W bokach wycięto większe otwory do manualnego przestawiania położenia. Jest problem i nie ma problemu, a badań robić nie trzeba, bo karta zmian wystarczy.

Rzeczywiście to rozwiązanie polepszy chwyt przez wydłużenie łoża. Wyeliminuje też zdecydowaną większość problemów z przypadkowym przestawieniem regulatora po uderzeniu. Powiedzmy: 98% wszystkich. Ale nie usunie jednego – za chwilę ma pojawić się subkarabinek. Jakie będzie miał łoże, aby problem wystającego regulatora przestał spędzać sen z powiek? Omijanie problemu zamiast jego definitywnego rozwiązania zawsze prowadzi do podobnych efektów. Podejrzewamy, że także wydłużone, ale tylko o kawałek, ten zasłaniający regulator gazowy. Ale jak wówczas będzie się go przestawiało, gdy zajdzie potrzeba?

Zaczep suwadła

Wojska Obrony Terytorialnej informują, że do trzech najczęstszych uwag zgłaszanych przez użytkowników w ramach reklamacji należy zaliczyć zerwanie się okładki napinacza, zagubienie regulatora gazowego oraz uszkodzenie zderzaka suwadła (0,19% z liczby wszystkich dostarczonych do września 2020 roku karabinków). Dodatkowo występują też wyłamania dźwigni zaczepu suwadła (to 0,40% usterek). Powody tego mogą być dwa. Zaplątanie się pasa nośnego w dźwignię i jego pociągnięcie powoduje często uszkodzenia tego elementu z tworzywa. Dodatkowo odkryto, że błędnie zapakowane do skrzyni transportowej i przytrzaśnięte wiekiem karabinki uderzają złożoną kolbą w dźwignię zaczepu i następuje zerwanie ich i uszkodzenia – dźwignia jest gilotynowana. I jest to ewidentnie wina niedbałości użytkownika.

Pas do noszenia

Z noszeniem Grota od początku były problemy, zwłaszcza że – tak jak w przypadku karabinka – żołnierzom nie wytłumaczono, jak zakładać pas transportowy i do czego służy. Co gorsza, takiego prostego samouczka zabrakło też w instrukcji. Wbrew pozorom dołączać do broni pas też trzeba umieć. Do tej pory zresztą nie ma żadnego dokumentu opisującego, jak poprawnie tego dokonać.

Na domiar złego zdecydowano się na supernowoczesne rozwiązanie rodem z amerykańskich folderów, czyli gniazda QD, do których wchodzi zaczep uroczo określany po polsku „wciśnij kropek”. To fajna zabawka dla amatorów niedzielnego strzelectwa na strzelnicy, ale niezbyt dobre rozwiązanie dla wojska. Tam liczą się sprawdzone, pancerne rozwiązania, żywcem przeniesione z czasów pierwszej wojny. Zaczep, ucho, prosty pas, bez filozofii i kombinowania.

Teoretycznie wszystko powinno być w porządku, w praktyce jednak zawieszenie kilkukilogramowego karabinka na dwóch gniazdach QD okazało się problematyczne. Swoje dołożył dostawca samych gniazd, część z nich naprawdę nie powinna trafić do broni. Podczas noszenia w warunkach terenowych na te dwa słabe punkty oddziałują różne siły, elementy poddawane są udarom. Gniazda są wyrywane z kolb lub pas się z nich wypina, często ze względu na niedoróbki producenta. Jasne, winę ponosi „Łucznik” – mógł podczas kontroli jakości lepiej sprawdzać dostarczone komponenty. A to nie koniec kłopotów, bo w pierwszej odmianie Grota A1 gniazda umieszczono na bocznych, skośnych elementach łoża. Nietrudno się domyślić, że przy pierwszej nadarzającej okazji niesforny karabinek przekręcał się do góry nogami.

Czasami żołnierz, który nie radzi sobie z montażem pasa i przepleceniem końcówek, ze zdumieniem obserwuje swoją broń na ziemi z luźną dyndającą końcówką pasa. Efekt? Broń zawsze wali o twardą powierzchnię z dużej wysokości w najgorszym możliwym momencie. Jak się można domyślić, jeden na tysiąc takich upadków kończy się uszkodzeniem okładek napinacza, najczęściej wykonanych z twardego tworzywa sztucznego.

Delikatna rękojeść

Konstrukcja napinacza też nie jest najszczęśliwsza. Ktoś ewidentnie nie pomyślał, kiedy na stalowy element nasadził dwie plastikowe okładki. Każde uderzenie pod odpowiednim kątem powoduje, że metal w środku działa jak klin na element z tworzywa. Łatwo można domyślić się efektu: plastik pęka i odpada. Karabinek co prawda nadal da się przeładować, chwytając za metalowy chwyt napinacza, ale nie jest to tak wygodne i można się pokaleczyć. Według danych WOT uszkodzenia okładek napinacza stanowiły najczęściej zgłaszany problem z bronią. Stanowiły też 1,58% zgłoszonych usterek dla ponad 36 tysięcy karabinków przekazanych do września 2020 roku. To blisko 600 uszkodzonych elementów.

Czyszczenie i lufa

Osobną kwestią jest dziedzictwo jedynej na świecie broni z uniwersalną komorą zamkową dla odmiany klasycznej i bezkolbowej. Koncept nowoczesny i warty uwagi, ale w efekcie broń ma kilka rozwiązań, które mogą zaskakiwać osoby przywykłe do bardziej klasycznych konstrukcji.

Główną „negatywną zaletą” tego pomysłu jest monolityczna komora zamkowa o wydłużonym górnym, półotwartym profilu. Uniwersalna, czyli taka, na której bazie da się stworzyć zarówno odmianę z kolbą z gniazdem magazynka przed chwytem pistoletowym (patrząc od strony wylotu lufy), jak i model w układzie bez kolby właściwej, z gniazdem magazynka za chwytem.

Można się zachwycać oryginalnością tego pomysłu, ale tylko do momentu pierwszego czyszczenia broni. Tak się dziwnie składa, że Grot to jedyna konstrukcja na świecie, która nie pozwala zdemontować tłoczyska (popychacza) bez demontażu łatwowymiennej lufy. To niestety negatywny efekt rewolucyjnych pomysłów.

Czyszczenie wnętrza komory zamkowej od strony lufy, a także komory gazowej, tłoka i podobnych okolic nie jest jakoś szczególnie wymagane. Natomiast ujawnia się przy okazji jedna z oryginalnych właściwości Grota. Bez pomocy popychacza często nie da się wypchnąć do przodu zabrudzonego tłoka. Jeżeli nie wysunie się lufy i nie użyje tłoczyska do popchnięcia, to stalowy walec zostanie w komorze gazowej.

Fruwające urządzenie

Dlatego żołnierze, którzy nie decydują się na demontaż zespołu lufy, przestraszeni tym, co może się zdarzyć ze śrubą rzymską trzymającą zespół w miejscu działają inaczej. Najprościej – uderzają po prostu lufami broni w każdy znaleziony twardy materiał, aby tłok w końcu wyleciał.

Mądre? Nie bardzo. Wręcz przeciwnie, to bardzo groźne. Wielokrotne uderzenia zamocowanym na końcu lufy urządzeniem wylotowym nie dość, że mogą uszkodzić ten element, to jeszcze zniszczyć kołek mocujący go na lufie. Jaki jest tego efekt? Podczas strzelania urządzenie wylotowe może zostać zdmuchnięte przez przelatujący pocisk. Jeżeli poleci do przodu i w całości, to nic nikomu się nie stanie. Jeżeli pocisk w nie trafi, zdeformuje czy rozerwie, to odłamki mogą razić kolegów.

Co więcej, naruszenie kołka blokującego ma wpływ na strzelanie ślepakami. W takim przypadku duża część rozprężanych gazów trafia na ściankę nasadki do amunicji ślepej mocowanej na urządzeniu. Silnie pchnięcie gazów na wcześniej uszkodzony tłumik płomienia może zerwać go z lufy na dużą odległość i razić kolegów.

Tym bardziej zdumienie budzi chwalenie się takimi zdjęciami w Sieci. Najwyraźniej ich autor nie zauważa związku przyczynowo-skutkowego między wcześniejszym uderzaniem lufą, aby wysunąć tłok, a późniejszą utratą urządzenia wylotowego. W każdym razie problem dotyczył 0,01% dostarczonych do września 2020 roku karabinków.

Od A zero do A dwa

Sztucznie wprowadzone nazwy karabinków – A0, A1 i A2 – spowodowały, że u wielu osób, szczególnie takich z niewielką znajomością broni strzeleckiej, pojawiło się przekonanie, że Wojsko Polskie nie kupuje jednej broni, a kilka modeli, z których każdy kolejny jest coraz bardziej dopracowany. Nic bardziej mylnego!

Czas sobie uświadomić, że to cały czas jeden i ten sam karabinek. Czasami WOT poprawnie nazywa go wariantem, ale to także trochę na wyrost. Różnice między Grotem C16A0 a C16A1 sprowadzają się wyłącznie do wprowadzenia innego łoża. Pierwsze nie ma szczelin montażowych systemu Magpul M-LOK, ale własne rozwiązania „Łucznika”. Z tego powodu nie pasują tam akcesoria przeznaczone do tego standardu. Dodatkowym elementem pierwotnego łoża są gniazda QD do montażu pasa nośnego na dolnych, ściętych ściankach. Łoże A2 ma już prawidłowe szczeliny M-LOK, a montaż QD do pasa mocowany jest na bocznych ściankach. Poza tym żadnych innych zmian nie ma.

Dotyczy to także wersji C16A2. Wszystkie wprowadzone nowe elementy mogą być przełożone do dowolnego wcześniej wyprodukowanego karabinka. Wówczas magicznie zostaje on doprowadzony do nowego, lepszego standardu. To pokazuje, że cały czas mowa o tej samej broni, tylko w nieco odmiennym ukompletowaniu. I jednocześnie wyjaśnia potęgę modułowości: zmienia się detale, a sprawdzone mechanizmy zostają takie same.

Zbliżenie na przednią część karabinka Grot dostarczanego z zestawem A2. Wydłużone łoże ułatwi życie osobom długorękim i polepszy trzymanie nadchwytem. Przede wszystkim osłoni regulator gazowy. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Dłuższe łoże

Karabinek Grot C16 w ukompletowaniu A2 ma po prostu kilka modułów wymienionych na nowo zaprojektowane. Dotyczy to wydłużonego łoża: w jego przedniej części dokręcono mostek, na którym znajduje się odcinek uniwersalnej szyny akcesoryjnej NATO Accessory Rail (NAR) STANAG 4694 łączący się z szyną na grzbiecie komory. Choć na naszych zdjęciach zamocowano tam podstawę muszki, to jednak odradzamy takie działanie. Muszka powinna zostać przeniesiona na koniec grzbietowej szyny komory zamkowej dla bardziej stabilnego osadzenia, aby nie zmieniało się położenie przyrządów.

Łoże ma, tak jak w odmianie A1, szczeliny montażowe standardu M-LOK. W przedniej części na bocznych ściankach umieszczono dwa symetryczne gniazda QD do montażu pasa. Z łożem trochę eksperymentowano. Pierwsza wersja (wyprodukowana w liczbie 50 sztuk) była nieco krótsza, ale WOT zadecydował o wydłużeniu aż do zatrzasku bagnetu.

Porównanie łoża A1 do łoża A2. Dobrze widoczna zmiana długości, jak też zachowanie dostępu do regulatora gazowego, który został zabezpieczony przed przypadkowymi uderzeniami. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Nakładki i chwyty

Dodatkowo „Łucznik” dostarczy trzy wykonane z tworzywa sztucznego nakładki-maskownice na łoże – dwie dłuższe na boczne ścianki i krótszą na dolną. Pojawił się też zaprojektowany przez Fabrykę Broni pionowy chwyt przedni oraz także mocowana na dolnej ścianie blokada dłoni. Ten ostatni element ma chronić rękę strzelca przed ześlizgnięciem się na gorącą lufę. Ma to może mniejsze znaczenie w karabinku z 406-mm lufą, ale będzie odgrywało dużą rolę w modelu krótszym.

Nowe łoże A2 z maskownicami krótszymi i dłuższymi, blokadą dłoni oraz opracowanym przez „Łucznika” pionowym chwytem przednim. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Po co aż trzy tworzywowe nakładki? Cóż, Grot jest jak Ferrari, ma aż sześć „rur wydechowych” rozmieszczonych widlaście u dołu komory gazowej. Te otwory przedmuchowe powodują, że gorące gazy ulatują z komory dokładnie w miejscu, gdzie dłoń strzelca lokowana jest w trzymaniu broni nadchwytem. W efekcie ręka jest brudna, a przy intensywnym strzelaniu może wystąpić także silne rozgrzewanie elementów łoża. Normalnie, gdy nie wystrzeliwuje się szybkim tempem kilku magazynków, maskownice nie są potrzebne.

Zmieniono także chwyt pistoletowy. Zastosowano własne, opracowane w „Łuczniku” rozwiązanie. Ma to uniezależnić polskiego producenta od kaprysów zagranicznych dostawców. Chwyt ma charakterystyczny kształt, jest pusty w środku, co tworzy przestrzeń na przechowywanie drobnych przedmiotów (na przykład baterii), i zamykany klapką. Pierwotnie planowano zrobić na jego bocznych krawędziach wstawki z spienionego tworzywa, które miałyby poprawić chwyt dłoni.

Co istotne, znacznie pogrubiono nakładki na rękojeść napinania. Ma to wzmocnić ten element, spowodować, że nie będzie pękał i odpadał przy mocnych uderzeniach bronią w przeszkodę. Niestety nie było okazji zdemontować nakładek, ale prawdopodobnie w środku zmienił się też profil samego napinacza, z kwadratowego na bardziej zaoblony. To wszystko ma polepszyć trwałość tego elementu.

Zmieniono także zawias kolby i kąt działania zatrzasku, który utrzymuje główkę w złożonej pozycji. Zabezpiecza to przed przypadkowym i niechcianym rozłożeniem kolby.

Zmiana iglicy

Największą modyfikacją – bo dotyczącą systemu działania broni – jest zmiana iglicy na bardziej trwałą. Co prawda do września 2020 roku zgłoszono jedynie 0,20% uwag do dostarczonych blisko 40 tysięcy karabinków, ale uznano to za rzecz wartą zmodyfikowania. Powodem są pęknięcia iglic przy oddawaniu dużej liczby strzałów na sucho. Dla przypomnienia, zazwyczaj uznaje się, że są one dla konstrukcji 3-4 razy bardziej obciążające niż strzelanie przy użyciu amunicji bojowej (czyli 1000 strzałów na sucho to odpowiednik 3000-4000 strzałów). Niestety wzmocnienie iglicy, a przede wszystkim wprowadzenie odmiennych zgrubień współpracujących z kołkiem iglicy i powiększenie zgrubienia oporowego, opierającego się o tylny płask zamka, wymusiło poszerzenie gniazda iglicy. Tym samym, gdyby przyszło zmieniać karabinki w ukompletowaniu A0 i A1 na A2, trzeba wymienić cały zamek, a nie jedynie iglicę. Nadal jest to jednak ten sam Grot.

Jedyna zmiana mechaniczna, wynikająca z intensywnego strzelania na sucho z nowej broni. Poprawiono iglicę wzmacniając jej konstrukcję, co doprowadziło też do modyfikacji gniazda zamka. Czyli zmiany w starszych karabinkach wymagają prostej wymiany tego elementu. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Porównanie nowej i starszej wersji iglicy do Grota. Dobrze widoczne odmienne zgrubienia współpracujące z kołkiem iglicy i powiększenie zgrubienia oporowego, opierającego się o tylny płask zamka. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Zmiana iglicy wymusiła także zmianę jej gniazda w zamku. Komponenty będą wymieniane na nowe podczas remontów broni. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Stara iglica z zamkiem (po lewej) i nowa iglica z zamkiem (po prawej). / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Pas nośny

Ostatnią zmianą jest wprowadzenie pasa nośnego dwupunktowego – wydłużony  został odcinek pasa do szybkiej regulacji. Innymi słowy, ponieważ żołnierze mieli problem z poprawnym mocowaniem pasa, to… zmieniono pas na prostszy i o mniejszych możliwościach regulacji. Czyli wojsko „ukałasznikowało” Grota pod tym względem. Pas jest także w nieco odmiennym kolorze.

Wrażenia WOT

W swoim komunikacie medialnym Wojska Obrony Terytorialnej podają wnioski z wprowadzenia karabinka Grot do uzbrojenia. Przedstawiciele WOT zwracają uwagę, że broń otrzymali żołnierze, którzy do tej pory nie użytkowali innej konstrukcji strzeleckiej. Dało to możliwość od samego początku budowania  prawidłowych nawyków i właściwej reakcji podczas szkolenia indywidualnego, którego jednym z najważniejszych elementów jest umiejętność bezpiecznego posługiwania się bronią indywidualną.

Zwrócono uwagę, że do lipca 2020 roku około 15 tysięcy żołnierzy zostało od zera przeszkolonych na nowej konstrukcji. Była to ich pierwsza broń, na której budowali swoje nawyki w posługiwaniu się konstrukcją strzelecką. Wprowadzenie Grotów miało zdecydowanie poprawić jakość szkolenia. Broń okazała się bardzo celna, co wymusiło zmiany w programie szkolenia strzeleckiego żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej.

Co ciekawe, w komunikacie WOT można przeczytać, że Grot wymaga wyższej kultury technicznej niż dotychczas eksploatowane konstrukcje rodziny AK. Karabinek jest zaprojektowany do użytkowania z celownikami optoelektronicznymi. Wymusiło to zmianę modelu szkolenia ogniowego – żołnierze już od pierwszych dni szkolenia wykorzystują celowniki kolimatorowe.

Wojska Obrony Terytorialnej informują, że trzyletnia eksploatacja ponad 30 tysięcy karabinków w ukompletowaniu C16A0 i C16A1 nie ujawniła istotnych wad konstrukcji. Dała natomiast solidne podstawy do wprowadzenia udoskonaleń. WOT informuje, że dotychczasowa usterkowość jest na niskim poziomie. Zgłoszenia reklamacyjne dotyczą tylko około 3% karabinków. Są na bieżąco zgłaszane do producenta. Taka bliska współpraca użytkownika i gestora z producentem inspiruje producenta do ciągłego doskonalenia broni zgodnie z wnioskami zgłaszanymi przez żołnierzy.

Porównanie zmienionych okładzin napinacza. Na pierwszy rzut oka nikt nie znajdzie różnicy. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Karabinki z łożem systemu Magpul M-LOK są kompletowane z dodatkami do mocowania na tych szczelinach montażowych. Należy do nich bardzo dobry, świetnie przemyślany chwyt przedni zaprojektowany przez Fabrykę Broni. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Plany na przyszłość

Siły Zbrojne RP czekają na subkarabinek, brak konstrukcji ze skróconą 256-mm lufą jest wyraźnie artykułowany przez Wojska Obrony Terytorialnej, które są gestorem tego sprzętu. Nadal kupowane będą zestawy do konwersji broni do amunicji treningowej UTM z pociskami barwiącymi MMR. WOT jest także zainteresowany dostawami 40-mm granatnika podwieszanego oraz samopowtarzalnego karabinu wyborowego do amunicji 7,62 mm x 51.

Fabryka Broni Łucznik-Radom dołączyła do grona producentów, którzy opracowali własny chwyt pistoletowy standardu AR. Można go też używać do gorszych pod względem ergonomii i funkcjonalności karabinków M16 i pochodnych, także samopowtarzalnych cywilnych. / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Można zadać sobie tutaj pytanie, dlaczego na przekór światowym doświadczeniom wojsko upiera się, aby Grot miał lufę długości akurat 406 i 256 mm. Skoro na całym świecie coraz chętniej stosuje się rozwiązania pośrednie, uniwersalne, to dlaczego nie wprowadzić broni o lufie długości 330‒380 mm? Zwłaszcza że realny dystans prowadzenia celnego ognia to do 200 metrów. Polepszeniem precyzji prowadzenia ognia może poskutkować wyposażenie karabinków podstawowych w celowniki optyczne o małym powiększeniu. Warto śledzić eksperymenty z wprowadzania lunet o powiększeniu 1‒6x.

Świetne zdjęcie pokazujące elementy wchodzące w skład ukompletowania A2 do karabinka Grot C16. Nadużyciem jest nazywanie tego zestawu dodatków „modyfikacją karabinka” / Zdjęcie: Paweł Ścibiorek

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

Granatnik GP do Grota: Brakujący element

W przypadku podstawowej broni indywidualnej wszystkie siły zbrojne zainteresowane są czterema podstawowymi rodzajami takich konstrukcji. Należą do nich: pistolet samopowtarzalny, karabinek standardowy,…

Kanada inwestuje w snajperów Karabiny C20 SAWS i C21 MCWS

12 maja 2020 roku Andree-Anne Poulin, rzeczniczka kanadyjskiego Departamentu Obrony Narodowej, potwierdziła zakupy broni i dodatkowego wyposażenia dla snajperów Canadian Army.…

Przeczytaj sugerowany następny artykuł

Broń Uzbrojenie Wojsko

Grot-7,62N kontra MWS-25

IU MON poinformował o unieważnieniu w 2020 roku postępowania na samopowtarzalne karabiny wyborowe (SKBW). Rozpoczęto je jednak na nowo, zapraszając

przejdź do artykułu
X