Przejdź do serwisu tematycznego

Kobiecym okiem: Saiga 12 do torebki

(Prawie) sama modyfikuję swoją strzelbę

W końcu dojrzałam do zakupu mojej pierwszej strzelby – chyba najmniej wymagającej i najbardziej uniwersalnej broni. Wstyd, że dopiero teraz, bo kilka innych, mniej wszechstronnych konstrukcji od dłuższego czasu mieszkało już w mojej szafie. Zmęczyło mnie korzystanie z klubowych wraków i proszenie się znajomych o użyczenie. Przyszedł czas na własne. Ponieważ miał to być mój pierwszy oręż tego typu, decyzja rodziła się długo i w wielkich bólach.

Kobieca logika

Broń miała służyć rekreacji, rozrywce i ochronie miru domowego (oby nigdy do tego przydać się nie musiała), a w mniejszym stopniu kolekcjonowaniu punktów na zawodach. Miałam pewność co do kalibru – rozpowszechniona dwunastka.
Dubeltówki, jako najmniej utylitarne od razu poszły w odstawkę. Ten temat prawdopodobnie zostawię sobie dopiero na spokojne czasy emerytury. Skoro nie dubeltówka, to przecież musi być pompka. Mnóstwo tego na rynku, szczególnie tych zasilanych z rury pod lufą. Na pewno da się coś wybrać. Jednak w miarę drążenia tematu zaczęły dopadać mnie wątpliwości. Dużo kulek równa się długa lufa, a to w ogóle to nieporęczne. Za to krótka lufa równa się mało kulek – jakieś to niepraktyczne.

Tropem magazynka

Olśniło mnie! W takim razie zacznę polować na pompkę z magazynkiem. Tutaj wygoda może iść w parze z funkcjonalnością. Niestety szybko się rozczarowałam. Większość rozsądnych w moim mniemaniu propozycji okazała się w Polsce niedostępna lub odstraszała nieproporcjonalnie wysoką ceną magazynków w stosunku do reszty broni. Zniechęciłam się.
Wciąż jednak podążając tropem magazynka musiałam zacząć przyglądać się strzelbom samopowtarzalnym. Właściwie nie wiem dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Broń tego rodzaju wydaje się być idealnym uzbrojeniem. Umieszczenie naboju w komorze nie łączy się ze żmudnym, ręcznym przesuwaniem i odciąganiem czółenka. Po prostu wprowadzasz magazynek do gniazda, za pomocą suwadła aplikujesz nabój i już możesz strzelać. Strzelać tyle na ile pojemność pudełkowego lub – o zgrozo! – bębnowego magazynka pozwala.
Dodatkowo moje dążenie do przeprowadzenia się w góry, gdzie niedźwiedzie rzucają się do gardeł, a wilki do kostek, jest świetnym argumentem przemawiającym za tym wyborem. A więc strzelba samopowtarzalna!

Mój wybór

Nasz rynek zalewają głównie tureckie wynalazki. Pojawiają się też chińskie i rosyjskie konstrukcje. Ze względu na duży wybór, zaczęłam od analizowania myśli technicznej rodem z Anatolii. W skrócie: odkryłam niezwykle szeroki i dla mnie trudny do ogarnięcia wachlarz propozycji. W dodatku pojawiały się zbyt rozbieżne opinie użytkowników lub nie było ich wcale.
Pozytywne odczucia wzbudził model UTAS XTR 12, konstrukcja której budowa przypomina karabinek AR-15. Co ciekawe, łatwo ten model kalibru 12 skonwertować na karabin do amunicji .308 Winchester. Niestety, kiedy decydowałam się na zakup turecka strzelba była nieosiągalna. Chińszczyźnie nie zawierzyłam. Być może to błąd. Kusi ceną i znam posiadaczy chińskiej broni, którzy są z niej bardzo zadowoleni.

Wiepr czy Sajga?

I tak stanęłam przed wyborem między dwiema rosyjskimi strzelbami samopowtarzalnymi: Vepr 12 (Wiepr 12) produkowaną przez WPMZ Mołot z Wiatskich Polan i Saiga 12 (Sajga 12) wytwarzana przez Koncern Kałasznikowa, rodem z samego Iżewska. Obie piękne! Właściwie wszystko, co podobne do karabinka Kałasznikowa przyprawia mnie o wzruszenie, mocniejsze bicie serca i budzi zaufanie.
Jednak ze względu na mnogość dostępnych części i łatwość zdobycia magazynków, wygrała Saiga 12. Nie bez znaczenia była też cena. Przecież nie samym strzelaniem człowiek żyje, a on sam i jego kot też coś jeść muszą! Wybrałam najprostszy model bez chwytu pistoletowego i składanej kolby. W końcu przecież w przyszłości zawsze można coś poprawić.


Saiga 12 taka, jaką ją Iżmasz stworzył: stała kolba, brak chwytu pistoletowego i długa 18,3-calowa/465-mm lufa

Niezwykle zadowolona ze swej decyzji obwieściłam ją mojej drugiej, zdecydowanie bardziej zmilitaryzowanej połówce. Trzeba posprzątać w szafach, zamieszka z nami Saiga 12 – powiedziałam z uśmiechem. Saiga? Chyba żartujesz. Będziesz kląć. Przecież to nie strzela – zgasił mój entuzjazm mężczyzna. Fakt, strzelba może mieć problem z lekką amunicją skeettrap, ale przecież nie do rzutków mi potrzebna. Żeby uciąć wszelki dyskusje i nie przechodzić przez proces wyboru strzelby po raz drugi, powiedziałam: Ale ja chce! Tym infantylnym stwierdzeniem odcięłam się od wszelkich rzeczowych i logicznych argumentów. I tak Saiga 12 trafiła pod moją strzechę.

Ten pierwszy raz

Aby przetestować i zapoznać się z moim nowym nabytkiem zaopatrzyłam się w przeróżne rodzaje amunicji: od sportowej trap 24 do myśliwskiej Brenneke. Najpierw upewniłam się, że regulator gazowy jest w odpowiednim położeniu. Bo trzeba pamiętać, że Saiga 12 jest wyposażona jest w dwupołożeniowy regulator, którego ustawienie uzależnia się od długości łuski. Czyli dostosowałam strzelbę do amunicji 12/70, bo taką akurat posiadałam.
Na trapie 24 i 28 Saiga 12 zachowywała się jak jednostrzałówka. OK, to było do przewidzenia i wybaczenia. Początkowo nie radziła sobie również ze sportowymi wersjami śrutu o masie 28 g. Miała też, co gorsze problemy ze sportową odmianą amunicji kulowej. Suwadło nie wracało całkowicie do tyłu, następowało przycięcie łuski w oknie wyrzutowym.


Pierwsza wizyta strzelby Saiga 12 na strzelnicy. Wystąpiły tutaj problemy adaptacyjne w nowym domu. Widoczne przycięcie łuski w oknie wyrzutowym

Pytanie czy jest to stała cecha tej strzelby, czy wynika z jej braku obycia? Podobno, aby wiarygodnie wypowiadać się na temat broni trzeba przez nią przepuścić nawet kilkaset sztuk amunicji. Pocieszeniem jest, że w kontakcie z amunicją myśliwską Saiga przeszła przez kompletny cykl automatyki. Żal przyznać, ale po pierwszych próbach wszystko wskazywało na to, że ewentualna modyfikacja nastąpi wcześniej niż mi się wydawało.

Eksperymenty

Nie należę do ludzi, którzy szybko się poddają. Podjęłam decyzję, że zanim wezmę się za przeróbki, dokonam jeszcze raz testów podchodząc do nich bardziej metodycznie. Stwierdziłam, że skupię się nie tylko na masie śrutu i przeznaczeniu, ale też bardziej zwrócę uwagę jego średnicy i wysokości okucia łuski. Miałam też nadzieję, że może trochę już okrzesana Saiga 12 będzie bardziej skora do współpracy. Na potrzeby eksperymentu stworzyłam tabelkę, w której udane próby zaznaczałam haczykiem (V), a porażki krzyżykiem (X).

Producenci amunicji sugerują, że dla strzelb samopowtarzalnych znaczenie ma wysokość okucia. Moje doświadczenia jednak tego nie potwierdzają. Wygląda na to, że na niepowodzenia wpływ mają jedynie zbyt lekkie ładunki śrutu i niedostateczne ładunki prochu. W kwestii amunicji wyszło dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Strzelba jednak nie jest tak wymagająca, jak wydawało się to na początku.

Troszkę już ośmielona strzelba radzi sobie lepiej: pełny cykl automatyki zaliczony

Doszłam jednak do wniosku, że bez przeróbek się nie obejdzie. Podczas chwil spędzonych z Saigą 12 stwierdziłam, że z chwytem pistoletowym będzie wygodniej, a składana kolba doda sylwetce broni lekkości. A gdyby jeszcze lufę trochę skrócić? Można byłoby się wówczas pokusić o próbę przenoszenia broni na strzelnicę w damskiej codziennej torebce, zamiast siłowania się z wielką torbą strzelecką. Tuning konieczny od zaraz!

Uczciwe podejście do testów broni na strzelnicy. Tak, to wszystko sama wystrzeliłam

Baba na zakupach

Zaczęło się. Zakupów postanowiłam dokonać w amerykańskich sklepach, gdyż kuszą bogatym asortymentem za bardzo rozsądną cenę. Skorzystałam ze znajomości , które mam w USA, szczęśliwie w jednym ze stanów mniej restrykcyjnych pod kątem broni. Mogły do mnie trafić bez przeszkód, ponieważ ograniczyłam się do elementów, które nie są uznawane za istotne.
I tak po niedługim czasie stałam się posiadaczką zestawu do konwersji. Składał się z: kabłąka, języka spustowego z zaczepem kurka i zaczepem ognia pojedynczego, kurka, sprężyny kurka, kilku śrub, zaślepek i detali, które nie przypominają mi żadnej części broni i których nawet nie potrafię nazwać. Cóż, miałam nadzieję, że ze względu na dobro ludzkości, z czasem odkryję ich zastosowanie.


Zwiastun spędzanych wspólnie romantycznych wieczorów. Wszystkie potrzebne do konwersji części dotarły na miejsce

W planach miałam też obrzezanie strzelby. Dlatego kupiłam też sześciostopniowy regulator gazowy, tłok i miękką sprężynę powrotną. Nigdy nie wiadomo jak Saiga zacznie zachowywać się po skróceniu lufy o kilka cali. Być może te części uratują moją broń i mnie od konieczności rozwiercania kolanka gazowego.
W ferworze zakupów połakomiłam się też na magazynki z wyprzedaży, a głos rozsądku podpowiedział mi: Pamiętaj, im więcej wydajesz na promocyjne produkty, tym więcej oszczędzasz! Konsekwencją mojej roztropności jest częste potykanie się o magazynki, bo walają się po prostu wszędzie.
Uznałam, że montaż chwytu pistoletowego i wymiana kolby może zostać zrealizowana przy wykorzystaniu domowych zapasów: tu może obyć się bez wydawania pieniędzy.
A już zupełnie niespodziewanie, ku mojej wielkiej uciesze, stałam się dysponentką szyny montażowej pod przyszły kolimator. Dostałam ją w ramach urodzinowego prezentu od mojego wybranka. Wprost przepadam za jego poczuciem romantyzmu!

Bliska rodzina: porównanie wnętrzności strzelby Saiga 12 z karabinkiem AKM

Chirurgiczne cięcie

Długość lufy Saigi 12, czyli 18,3 cala (465 mm), wydawała mi się średnio ergonomiczna przy codziennych zastosowaniach. Dlatego serię tortur rozpoczęłam od skrócenia lufy. Darowałam sobie wizyty u zawalonych robotą rusznikarzy – terminy mają powalające! Nie chciałam też straszyć niezaznajomionych z tematyką broni tokarzy.
Amputacji dokonałam za pomocą obcinaka do rur. Jak się okazało to bardzo precyzyjne narzędzie, dostępne w każdym markecie budowlanym. Jego użycie pozwoliło na skrócenie lufy do wygodnych 14 cali (356 mm). Proces okazał się dość czasochłonny. Tym bardziej, że ze strachu przed niepożądanym efektem został rozłożony na dwie raty. Jednak przy bezcennej pomocy mojej drugiej połowy operacja zakończyła się sukcesem.

Kilka cali lufy mniej i od razu jest wygodniej, czyli Saiga 12 po amputacji nosa

Ostre po cięciu krawędzie zostały potraktowane mini szlifierką, w wyniku czego wykazują teraz gładkość niemowlęcej pupy. Obcięcie lufy było niestety jednoznaczne z pozbawieniem jej zewnętrznego gwintu. To uniemożliwia montaż popularnych urządzeń wylotowych. Odtworzenie gwintu wydaje się być trudne w warunkach domowych, dlatego w tym celu konieczne jest skorzystanie z pomocy specjalisty. Jest też możliwość dobrania kompensatora mocowanego na śrubach. A to jawi się jako bardzo rozsądne rozwiązanie, szczególnie biorąc pod uwagę cienkościenność strzelbowych luf. Przyszłość pokaże, na co się zdecyduję.

Wypruwanie flaków

Dokonywaniu precyzyjnych przeróbek nie sprzyjają majtające się wokół broni kończyny. To raczej oczywiste, ale dla porządku przytoczę, że wszelkie modyfikacje należało rozpocząć od zdjęcia pokrywy komory zamkowej, wyjęcia urządzenia powrotnego i wysunięcia suwadła z zamkiem. Ze względu na zakres narzuconych prac, konieczne było również odkręcenie kilku śrub, a także pozbycie się kolby, wykręcenie regulatora gazowego i wyjęcie tłoka.
W pierwszej kolejności należało obciąć kabłąk spustowy. Następnie trzeba było delikatnie przyciąć mocujące go dosyć solidne nity, co później ułatwi rozwiercanie zestawu. Tak przygotowaną broń łatwiej umieścić w imadle celem dalszych modyfikacji.
Prace przy wnętrznościach Saigi rozpoczęłam od wyzębienia kurka z zaczepu i odchylenia sprężyny kurka, Spięłam ją tym, co miałam pod ręką: gumką recepturką wspomaganą zaciskami do woreczków foliowych. To wszystko po to, aby na pewno pozbawić ją tendencji powrotnych do swojego naturalnego położenia. Ten zabieg zdecydowanie poprawia widoczność, daje większe pole manewru i oswobadza segmenty broni.
Aby pozbyć się języka spustowego, później zaczepu kurka i zaczepu ognia pojedynczego konieczne było nawiercenie wiertłem o średnicy 3/16 cala (w Polsce: średnica 4,8 mm) i usunięcie odpowiednim wybijakiem kołków.

Na powodzenie operacji wielki wpływ mają silne, męskie dłonie

Wyzwolenie broni od tych elementów umożliwiło wyjęcie sprężyny zabezpieczającej sworznie zestawu spustu, a następnie kurka. Brak sprężyny dał natomiast możliwość usunięcia rzeczonych sworzni. Tak poluzowany kurek wraz ze swoją sprężyną mógł w końcu opuścić swój dotychczasowy dom. Następnym elementem wyproszonym bez oporów z broni była dźwignia blokady zamka z towarzyszącą jej sprężyną. To otworzyło drogę do odmontowania skrzydełka bezpiecznika.
Mając przed sobą taką wydmuszkę już bez obaw o organy wewnętrzne można było dokończyć kwestię uprzątnięcia resztek kabłąka. Z autopsji wiem, że najlepiej dokonać tego od zewnętrznej strony strzelby, bo są tam cieńsze nity, przy użyciu silnych i muskularnych męskich dłoni wyposażonych w wiertarkę. Po to było wcześniejsze odcinanie szlifierką kabłąka i metalowych grzybków łączących części.
Usunięty kabłąk ukazał oszczędność Rosjan w postaci niezabezpieczonego kawałka stali. Brak lakieru uzupełniłam tanim, kupionym w popularnym serwisie aukcyjnym, czarnym żaroodpornym utwardzanym na ciepło zapalniczką sprayem do grilli, kominków i części samochodowych.
Po wyschnięciu lakieru można zmierzyć się z montażem nowego kabłąka. Zaczęłam od najbardziej wysuniętej w przód dziury powstałej po pozbyciu się blaszki zaślepiającej w podwoziu.

Przeszczep

Przywracanie Saigi do życia rozpoczęłam od zainstalowania nowego języka spustowego z zaczepem kurka, zaczepu ognia pojedynczego oraz niesfornej małej sprężynki mającej tendencje uciekinierskie. Miejsce na moduł powstało po usunięciu przedniej części kabłąka z blaszką zaślepiającą. Należy ten segment zwyczajnie wrzucić w otwór w kierunku podpowiadanym nam przez logikę. Następnie trzeba przytwierdzić jednym ze sworzni, który pozostał wypruwaniu bezużytecznych już flaków Saigi.

Zainstalowany nowy pakiet składający się z języka spustowego z zaczepem kurka i zaczepu ognia pojedynczego

Po tej czynności przyszedł czas na najtrudniejsze i najbardziej czasochłonne zajęcie, wymagające użycia cienkich kombinerek i trzech rąk. Jest to montaż dźwigni blokady zamka i asystującej sprężyny. Wtedy jeszcze nie miałam świadomości, że istnieją zmodyfikowane wersje dźwigni, znacznie ułatwiające zaczepienie sprężyny. Operacja przy wykorzystaniu starych części zajęła godzinę. I tutaj sugeruję, że szkoda nerwów, warto zainwestować w przeprojektowany element. Warto też wspomóc się filmikami z Internetu. Moim zdaniem akurat montaż tych detali nie jest oczywisty i intuicyjny. Za ich przytwierdzenie do broni odpowiada ten sam sworzeń, który stabilizuje mechanizm spustowy.

Najbardziej czasochłonna i uciążliwa część konwersji broni: montaż sprężyny dźwigni blokady zamka

Po męczarni związanej z prawidłowym umiejscowieniem sprężyny, trzeba było zabrać się za przywrócenie na swoje stanowisko skrzydełka bezpiecznika. Ta niby prosta czynność również została utrudniona przez instalację pierwotnej wersji dźwigni. To zaś zdecydowanie przeszkadza, ale na szczęście nie uniemożliwia całkowicie wpięcia skrzydełka. Należy jednak uważać, aby przy tej procedurze nie zahaczyć zbyt mocno i nie zniszczyć misternej konstrukcji.
Następnym zabiegiem przeprowadzonym na broni była implantacja nowego kurka z jego nową sprężyną. Ku radości to obyło się bez problemów. Po prostu uzbrojony w sprężynę kurek ruchem obrotowym należy ulokować na miejscu starego i zabezpieczyć sworzniem pozostałym nam sprzed przeróbek. Partnerującą sprężynę zaczepiamy jak sama nazwa części wskazuje na tyłach zaczepu kurka.
Do zakończenia czynności związanych z wnętrznościami strzelby, potrzeba jeszcze umiejscowienia sprężyny odpowiedzialnej za asekurację sworzni (pin retaining spring). Przy użyciu kombinerek, od strony kolby półokrągłą część sprężyny należy zahaczyć o walec spustu, a jej nóżki wsunąć pod walec kurka.
Et voilà! Saiga już po przeszczepie.

Strzelba Saiga 12 po przeszczepie najważniejszych narządów

Chirurgia estetyczna

Aby wydobyć pełnię piękna i funkcjonalności z powstałej ślicznotki należy przyodziać ją jeszcze w chwyt pistoletowy i kolbę. A także zaopatrzyć Saigę w nowy tłok, regulator i sprężynę powrotną, A na końcu przytwierdzić podarowaną szynę.

Porównanie pierwotnych i nowych elementów systemu gazowego strzelby Saiga 12

Wiem, że w kwestii chwytu i kolby odgrażałam się wykorzystaniem zasobów domowego archiwum. Ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia, zdecydowałam się na zakup chwytu Magpul MOE i składanej kolby Magpul Zhukov. To wszystko w kolorze śliwkowym rodem z pierwszych AK-74 i kompatybilnej ze wszystkimi kałaszopodobnymi. Czyli też ze strzelbą Saiga 12.
Niestety, po wyjęciu plastików z pudełek wyszło na jaw, że Magpulowy kolor kojarzy się bardziej z produktem przemiany materii niż ze śliwką. Ale cóż, chciałam to mam.
Montaż chwytu okazał się banalnie prosty. Montujemy go nakładając na tylną część kabłąka, mniej więcej w miejscu po słusznie minionym języku spustowym. Następnie należy go przykręcić od spodu jedną śrubą. Instalacja kolby jest niewiele bardziej skomplikowana, a ewentualne wątpliwości pomaga rozwiać dołączona do niej instrukcja.

Montaż kolby. Gdyby pojawiły się jakieś problemy, to pomocą służy dołączona instrukcja

Kolejną nietrudną czynnością jest wymiana tłoka. Polega ona na wrzuceniu – dosłownie! – do komory gazowej nowego tłoka w miejsce poprzedniego. Trzeba jedynie pamiętać, że część wypukłą należy skierować w stronę wylotu lufy. Po wykonaniu tego zadania można pokusić się o wkręcenie udoskonalonego, sześciostopniowego regulatora gazowego.

Optymalne położenie sześciostopniowego regulatora gazowego, które umożliwia wykorzystanie większości testowanych rodzajów amunicji

Teraz, aby w pełni wykorzystać możliwości systemu gazowego strzelby, należy jeszcze dokonać zmian sprężyn powrotnych na żerdzi. Wystarczy podmienić przednią na jej bardziej elastyczną wersję.

Zmodyfikowana broń oczekująca na szynę i kolimator

Ostatnim elementem do przytwierdzenia była szyna do celownika. Na moje szczęście podarunek zawierał opcję All inclusive, czyli szynę wraz z montażem. Dzielny mężczyzna w mgnieniu oka wybił szczerbinę. Po chwili osadził na jej miejscu wspomagając się elektroniczną poziomicą szynę, którą z użyciem kleju epoksydowego Loctite przytwierdził pewnie i na długo do broni. Hura! Po tym można już było zamocować na niej kolimator.

Części które pozostały z pierwotnej strzelby. Nie będą już potrzebne

Catwalk

Po dokonaniu wszystkich przeróbek nie mogłam doczekać się przetestowania broni i – nie będę ukrywać – zaprezentowania jej szerszej publiczności. Korzystając z najbliższej wolnej chwili popędziłam na strzelnicę. Z sercem w gardle wypuściłam pierwszy pocisk i…. wszystko zadziałało jak należy! Pokrywa zamkowa nie wybiła mi oka, suwadło nie uszkodziło zębów, a lufa była wciąż cała.

Strzelba samopowtarzalna Saiga 12 po zakończeniu konwersji z zamontowaną szyną i kolimatorem

Zachęcona, wystrzeliłam kolejny pocisk i kolejny, i kolejny, i kolejny, i kolejny. Wszystko nadal było w porządku. A wcale nie zaczęłam od najmniejszych ładunków prochu i śrutu. Przetestowałam wszystkie rodzaje amunicji, które miałam miarkując jedynie ilość gazu regulatorem. Z czystym sumieniem mogłabym tabelkę z początku artykułu skopiować i tutaj.
Pomimo ujęcia lufie kilku dobrych cali, pomimo wymiany większości części, Saiga 12 sprawowała się bez zarzutu. Ba, nawet lepiej niż jej pierwotna wersja. Zdecydowanie zyskała na ergonomii, praktyczności, a co za tym idzie, również na przyjemności użytkowania.

Ile to kosztowało

Jeśli chodzi o reakcje innych użytkowników, to wokół mojej strzelby zebrało się całkiem spore stadko mężczyzn. Ku mojemu zaskoczeniu, nie byli zainteresowani mną, ale zachwyceni moją przerobioną dwunastką. To jednak jest zabawa zdominowana przez płeć toporną! Każdy bez wyjątku komplementował mój oręż. Byli nawet tacy, którzy upierali się, że widzieli ten model w sklepie za piętnaście tysięcy złotych.
Prawda jest taka, że podstawową wersję kupiłam za plus minut trzy tysiące. Dołożyłam do tego części za około dwieście dolarów, czyli 750 złotych. Fanaberia z kolbą i chwytem kosztowała mnie dodatkowe sto dolców (375 zł). Magazynki to rzecz odrębna – nie podlegają kalkulacjom. W dużym zaokrągleniu na broń i jej udoskonalanie wydałam 4,5 tysiąca złotych. W sumie, gdyby uwierzyć męskim kalkulacjom ze strzelnicy, to oznacza że mi się zaoszczędzić 10,5 tysiąca. Rozumując w ten sposób mogę śmiało pretendować do miana idealnej gospodyni domowejstrażniczki domowego budżetu.

Cel osiągnięty. Od dziś na strzelnicę mogę iść nie z torbą a po prostu z torebką. Na końcu finalny efekt, stworzona przeze mnie i mojego mężczyznę zmodyfikowana Saiga 12

Broń spaja związki

Podsumowując: okazało się, że Saiga 12 może stać się studnią bez dna. Wodzi nas na pokuszenie dostępnością części i łatwością modyfikacji. Dzięki tym wabikom rodzi się potrzeba ciągłego upiększania i dopieszczania strzelby. Ale czy to coś złego? Na pewno nie, bo przecież otaczanie troską i opieką jest czynem chwalebnym.
Ponadto aktywne uczestnictwo w procesie przemiany tej nieśmiałej latorośli w prawdziwą damę zasługuje na uznanie. Saiga 12 za zaangażowanie opiekuna odwdzięczy się na strzelnicy celnością, a wśród współtowarzyszy broni wywoła efekt WOW.
Co cieszy najbardziej, to że małym kosztem stajemy się posiadaczami broni wygodnej, praktycznej i wszechstronnej. A co już absolutnie bezcenne, Saiga cementuje związki. O jej modyfikację łatwiej we dwoje, a wspólna praca łączy i popłaca!

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

ZEV Technologies Billet Rifle 3 Gun – karabinek bezodrzutowy

Karabinek bezodrzutowy Jakie są najważniejsze cechy broni długiej w strzelectwie dynamicznym? Jakie narzędzie pozwoli strzelcowi stanąć na podium? Każdy sportowiec, który pasjonuje się…

H11 Subcompact. Mały, ale jary

Dla zwykłych zjadaczy chleba , tj. dla osób mających odpowiednie pozwolenie na broń, a nie będących funkcjonariuszami Służb, ustawodawca określił właściwy sposób noszenia broni.…

X