Przejdź do serwisu tematycznego

Museu do Combatente: Zwiedzanie Lizbony

Zwiedzając Lizbonę nie sposób nie trafić do dzielnicy Belem, słynącej z okazałego klasztoru Hieronimitów, tropikalnego ogrodu botanicznego, a przede wszystkim dwóch obiektów położonych na samym brzegu Tagu: Pomnika Odkrywców i Wieży Belem. Tymczasem dosłownie o rzut kamieniem od tej ostatniej, w niewielkim forcie znajduje się obiekt muzealny.

Museu do Combatente można najlepiej przetłumaczyć za pomocą nieco zakurzonego terminu muzeum czynu zbrojnego. Jest ulokowane w umocnieniach Fort do Bom Sucesso i zarządzane przez stowarzyszenie kombatantów Liga dos Combatentes. Sama placówka znajduje się w pobliżu Alfamy Museu Militar de Lisboa, które ma status oficjalnego muzeum portugalskich sił zbrojnych i ukazuje ich ewolucję na przestrzeni wieków. Tymczasem Museu do Combatente koncentruje się na wysiłkach i ofiarach złożonych przez portugalskich żołnierzy w XX wieku.

Fort do Bom Sucesso

Forcik strzegący prawego brzegu ujścia Tagu jest niewielki i mimo położenia blisko ważnej atrakcji turystycznej to miejsce ciche i spokojne. Czas płynie tu inaczej, nawet biorąc poprawkę na wrodzony luz południowców.

Za cztery euro wkracza się do sanktuarium. W dobie nowoczesnych muzeów interaktywnych to miejsce jest w pewnym sensie muzeum muzealnictwa. Ujawnia jak kiedyś wyglądały i funkcjonowały tego typu placówki. Ma to swoje dobre i złe strony.

Do zalet należy zaliczyć autentyczność eksponatów – nie oglądamy hologramów. W muzeum jest cicho, co pozwala na spokojne kontemplowanie zbiorów. Natomiast zdecydowaną wadą jest niemal zupełny brak angielskich opisów przy eksponatach. Równie kiepsko oznaczone są po portugalsku, ale tam od biedy da się zrozumieć kontekst. A niektóre obiekty nie zostały zaopatrzone w żadną tabliczkę.

Portugalskie wojny

Po lewej 60-mm lekki moździerz M2 m/52, za nim 2-calowy moździerz okopowy do nadkalibrowej amunicji i 70-mm działo górskie Peca B.E.M. m/882, na środku kabina myśliwca bombardującego Fiat-Dornier G91R-4, po lewej działo przeciwpancerne British Ordnance QF 6 Pdr Mk IV, kuchnie polowe i łazik Jeep M151A2 Mutt

Współczesne umundurowanie i wyposażenie żołnierza portugalskiego

Udział Portugalii w wojnach minionego wieku jest w naszym kraju szerzej nieznany. Niewielu pamięta, że Portugalia ogłosiła neutralność podczas II wojny światowej i dość pochopnie rozciąga ten stan na całe krwawe stulecie. Tymczasem w 1916 roku Portugalia przyłączyła się do Ententy i jej żołnierze zdążyli zakosztować smaku błota i iperytu we Flandrii.

Kolejne wojny Portugalia toczyła w swoich koloniach w Afryce: Mozambiku, Angoli i Gwinei. We wszystkich tych państwach w latach 1960. zaczęły pojawiać się ruchy narodowo-wyzwoleńcze, zmierzające do uzyskania niepodległości. Często takie działania były wspierane przez miłujący pokój Związek Radziecki, co dodatkowo podsycało niechęć metropolitalnej dyktatury Salazara.

Dopiero Rewolucja goździków oznaczała początek uznania niepodległości kolonii przez nowy rząd portugalski. Wojny w Afryce kosztowały Portugalię 9778 poległych i zmarłych oraz 15,5 tysiąca rannych Ultramarines. Te ostatnie słowo oznacza żołnierzy walczących za morzem (ultra mar). Ich pamięci poświęcony jest pomnik, znajdujący się nieopodal muzeum.

Jak dotrzeć

Do Lizbony najlepiej dostać się samolotem na lotnisko Portela. Tam warto nabyć kartę uprawniającą do korzystania przez 24 godziny z transportu miejskiego (obejmuje metro, kolej miejską i autobusy). Metrem należy pojechać do przystanku Oriente. Jest to węzeł komunikacyjny łączący stację metra, dworzec autobusów dalekobieżnych, dworzec kolejowy i przystanki komunikacji miejskiej. Po stronie północnej znajduje się przystanek autobusowy. Aby trafić do muzeum należy wsiąść do autobusu linii 728 i pojechać do dzielnicy Belem na przystanek Mosteiro dos Jerónimos. Wysiada się obok imponującego opactwa, a następnie należy skierować się w stronę Pomnika odkrywców (Padrão dos Descobrimentos). Warto wydać sześć euro, aby wyjechać na platformę widokową na szczycie, z której rozpościera się imponujący widok na miasto, rzekę Tag (Tejo), pobliski klasztor Hieronimitów i znajdującą się u stóp pomnika olbrzymią mozaikę prezentującą świat i odkrycia Portugalczyków. Podążając na zachód w stronę Wieży Belem (Torre de Belem) dotrzemy do samego muzeum. W pobliżu znajdują się także klasztor, ogród botaniczny, muzeum marynarki oraz cukiernia oferująca słynne ciasteczka Pasteis de Belem. W normalnych godzinach kolejka ciągnie się długo, na szczęście otwarte jest do 23.00.

Armaty, V-200 i Humber

Używane przez Portugalczyków działo przeciwpancerne British Ordnance QF 6-Pounder 7 cwt Mk IV

Transporter opancerzony Bravia Chaimite V-200 VBTP przewoził 11 żołnierzy. Oryginalnie uzbrojony był w 12,7-mm wielkokalibrowy karabin maszynowy m/951 (M2HB)

Humber Mk IV, czyli produkowana w USA odmiana brytyjskiego pojazdu opancerzonego z 37-mm armatą. W portugalskiej służbie ich moment chwały przypadł na krótką i zaciętą kampanię w Goa

Włoska 105-mm (do amunicji 105 mm x 372R) górska haubica OTO Melara Mod 56. Miała możliwość prowadzenia ognia w elewacji -7/+65°. Dzięki możliwości obniżenia kołyski mogła pełnić również rolę armaty przeciwpancernej. Po rozłożeniu na 12 zespołów była transportowana w jukach przez muły. Jeszcze w 2002 portugalskie siły zbrojne miały ich na stanie 24

Jeszcze przed wejściem widać stojącą włoską 75-mm haubicę 75/18 Modello 35 produkowaną przez zakłady Ansaldo (w 1993 włączone do koncernu Finmeccanica, a dzisiaj dzisiaj część Leonardo). W 1940 bardzo dużą liczbę tych dział, także w odmianie Modello 34 dostarczono do Portugalii.

Odwiedziny w Museu do Combatente zaczyna się od kilku armat wymieszanych epokami. Obok kmicicowej kolubrynki z opisem (a tak naprawdę odprzodowego moździerza z brązu) stoi działo przeciwpancerne British Ordnance QF 6 Pdr Mk IV z gruszkowatym hamulcem wylotowym.

Uwagę przyciągają dwa pojazdy. Jeden przypomina najbrzydszego Cadillaca V-150. W rzeczywistości jest jego produkowaną bezlicencyjnie w Portugalii wersją Bravia Chaimite. Dowiedzieć się tego można, jeżeli jest się odpowiednio wysokim i dojrzy tabliczkę znamionową na pancerzu. Wyprodukowano ich w Portugalii ponad sześćset.

Pływający wóz występował w dwóch odmianach: transportera opancerzonego V-200 VBTP (Viatura Blindada de Transporte de Pessoal) i samobieżnego 81-mm moździerza V-600 VBPM (Viatura Blindada Porta-morteiro). Ten drugi miał czteroosobową załogę i uzbrojony był w 7,62-mm karabin maszynowy m/952 (Metralhadora ligeira 7,62 mm Browning m/952), czyli Browning M1919 oraz 81-mm moździerz m/931 (Morteiro Médio 81 mm Brandt m/931).

Wozy napędzane były silnikami wysokoprężnymi o mocy 155 KM wraz z automatycznymi skrzyniami biegów. Prędkość maksymalna wynosiła 99 km/h po drogach i 4,8 km/h na wodzie. Opancerzenie chroniło przed pociskami karabinowymi 7,62 mm. Zasięg to 804 km.

Na dziedzińcu stoi V-200 VBTP, który standardowo uzbrojony był w 12,7-mm wielkokalibrowy karabin maszynowy m/951 (Metralhadora Pesada Browning 12,7 mm m/951), czyli Browning M2HB. Pojazd udostępniono do zwiedzania i ma otwarte drzwi z tyłu i na lewej burcie. Boczne są dwuczęściowe: dolna opada w dół umożliwiając wyjście poza ślad kół. To bardzo przydatne, jeżeli buty są zabłocone. Warunki dla kierowcy i dziesięcioosobowego desantu można określić jako spartańskie. Wizja żołnierzy we współczesnym, rozbudowanym ekwipunku, podróżujących Chaimitem i desantujących się na polu walki nie chce się przebić do świadomości. A warto wiedzieć, że ostatni pojazd tego typu wycofano w roku 2016!

Obok V-200 VBTP stoi pozbawiony opisu Humber Mk IV. To ostatnia wersja rozwojowa słynnego brytyjskiego samochodu rozpoznawczego, przy czym ten wariant produkowano w USA. Wóz uzbrojony jest w amerykańską 37-mm armatę M5/M6 i 7,92-mm karabin maszynowy Besa. Cztery szwadrony takich pojazdów wzięły udział w krótkim konflikcie portugalsko-indyjskim (18-19 grudnia 1961), zakończonym przejęciem enklawy Goa przez Indie. Udało mi się dotrzeć do informacji, że portugalskie Humbery dokonały spektakularnego przedarcia się przez hinduski pierścień okrążenia w miejscowości Mapusa.

Modele i wieżyczka

Fragmenty kolekcji modeli samolotów. Całość liczy dobre kilkaset sztuk

Wieżyczka strzelecka Martin Model 250CE-5 z dwoma 12,7-mm karabinami maszynowymi zdemontowana z jednego z sześciu przejętych przez Portugalczyków bombowców B-24 Liberator

Mina morska z kotwicą denną i minliną. Na drugim planie łódź półsztywna Albatroz Zebro III i 20-mm Oerlikon Mk II

Zmodernizowany czołg lekki X1A (M5A1 Stuart) służył w portugalskich siłach zbrojnych do lat 1990.

Na tym samym poziomie znajduje się pawilon poświęcony modelom samolotów. Imponująca kolekcja liczy dobrych kilkaset modeli przekazanych muzeum przez jednego z portugalskich modelarzy. Są tu samoloty pionierskie i z czasów I wojny światowej i bardzo dużo modeli z czasów II wojny. Co ciekawe, są także samoloty polskie: PZL P.11c, PZL P.24, a także dwa PZL.23 Karaś (choć autor nie ustrzegł się błędu, wszak P.24 nie walczyły w polskich barwach).
W muzeum znajduje się również kompletna grzbietowa wieżyczka strzelecka Martin Model 250CE-5 z amerykańskiego bombowca Consolidated B-24 Liberator. Sześć takich samolotów lądowało przymusowo w Portugalii i zostało następnie wcielonych do tamtejszych wojsk lotniczych.

W gablotach i na manekinach można obejrzeć elementy wyposażenia indywidualnego portugalskich żołnierzy na przestrzeni lat: od I wojny światowej po misje na Bałkanach. Są tam też naszywki, odznaki i odznaczenia. Ciekawostką jest, że w przeciwieństwie do znakomitej większości kolegów z innych państw, portugalscy spadochroniarze noszą zielone berety, a komandosi czerwone.

Jako że Portugalia to niegdysiejsza potęga morska, to ekspozycja z tym związana robi wrażenie. W forcie można znaleźć prawie wszystko: od artylerii nabrzeżnej, poprzez różnorakie miny morskie, armaty montowane na pokładach okrętów oraz efektownie ustawioną łódź półsztywną Zodiac.

Niedaleko stoi amerykański czołg lekki M5A1 Stuart. Po modernizacji w Brazylii służył w portugalskich siłach zbrojnych pod oznaczeniem X1A aż do lat 1990. W muzeum można znaleźć też inne pojazdy, jak motocykl wojskowy Sachs Hercules K125 Military produkowany od 1971 do 1990 oraz łazik Ford M151A1 Mutt.

Włócznia i SKS

7,62-mm samopowtarzalny karabinek SKS i kapiszonówka w sali poświęconej walkom o kolonie. Według radzieckich doradców, Simonow lepiej nadawał się dla afrykańskich towarzyszy

Tradycyjna broń afrykańska. Miejscowi opowiadają, że podczas konfliktów w koloniach często spomiędzy wysokich traw wypadała rzucona niewidzialną ręką włócznia lub spadał cios maczety

Następnie wchodzimy do sali poświęconej walkom w Afryce; na ścianie można zobaczyć karabinek Simonowa (SKS/ksS) podpisany jako karabin radziecki i tyle oraz XIX-wieczną kapiszonówkę. Obok umieszczono flagi któregoś z ruchów narodowo-wyzwoleńczych, wspieranych z pewnością przez producenta SKS. Po drugiej stronie sztandarów znajdują się włócznie i broń improwizowana: widły, maczuga i maczeta. Obok leżą tarcze z krowiej skóry, wypisz-wymaluj jak z serialu Zulus Czaka.

Trzeba przyznać, że karabinek SKS prezentuje się w tym towarzystwie wyjątkowo nowocześnie. Zresztą z rozmów z polskim absolwentem akademii riazańskiej dowiedziałem się, że radzieccy instruktorzy nalegali na przysyłanie właśnie simonowów zamiast kałasznikowów. Powodem była niska kultura techniczna odbiorców i ich brak dbałości o dobra doczesne. Naboje w magazynku się skończyły? Wyrzucamy magazynek. W ten sposób można bardzo szybko z AK zrobić wyłącznie atrybut męskości. Tymczasem SKS miał wszystko na stałe. Doładowanie było możliwe nawet pojedynczymi nabojami. Zdolność prowadzenia wyłącznie ognia pojedynczego była zaletą, podobnie jak dłuższa lufa zapewniająca większy zasięg ognia, przydatny na sawannie.

 

Uzbrojenie strzeleckie

Ten niepozorny 7,65-mm pistolet samopowtarzalny to Savage, czyli mniejszy brat najgroźniejszego konkurenta Colta w konkursie na nową broń krótką US Army

Portugalskie uzbrojenie strzeleckie. Na dole na podstawie ręczny karabin maszynowy Vickers-Berthier, znany miejscowym jako Metralhadora Ligera 7,7 mm m/931 lub m/936

Metralhadora Ligera 7,92 mm Dreyse m/938, czyli niemiecki karabin maszynowy MG 13. Dużo tych konstrukcji sprzedano do Portugalii i używano podczas konfliktów kolonialnych

Ręczne karabiny maszynowe Madsen do amunicji 7,7 mm x 56R (m/930) i 7,92 mm x 57 (m/930-41, m/940) były w dużej liczbie używane podczas konfliktów, w których walczyli Portugalczycy

Wśród zbiorów można znaleźć istne perełki, jak pistolet Savage. Jego większy brat konkurował z konstrukcją Browninga o miano nowej broni krótkiej dla US Army. Dalej można zauważyć ręczne karabiny maszynowe Madsen w odmianach do amunicji 7,7 mm x 56R (m/930) i 7,92 mm x 57 (m/930-41, m/940). Tego też Portugalczycy mieli sporo i używali przez długie lata.

Uwagę zwracają dwa porzucone 7,92-mm lekkie karabiny maszynowe MG 13, pierwsza broń zespołowa Wehrmachtu, choć od początku traktowana jako przejściowa. Zostały wprowadzone do uzbrojenia w 1930 i używane jako podstawowe do 1938, kiedy to zaczęły być zastępowane przez ukaemy MG 34. Broń ta została też sprzedana do Portugalii, gdzie wprowadzono ją do uzbrojenia jako Metralhadora Ligera 7,92 mm Dreyse m/938. W 1958 odnotowano 22 elkaemy tego typu w każdej z afrykańskich kolonii, 138 na Goa i 32 w Makau (w 1999 zwrócone ChRL). M/938 wykorzystywany był w jednostkach kolonialnych w drużynach piechoty jako podstawowa broń wsparcia do 1974.

FAL, G3 czy AR-10?

Przez ponad czterdzieści lat głównym uzbrojeniem portugalskich żołnierzy był 7,62-mm karabin automatyczny m/963, czyli produkowany na miejscu G3

Produkowany przez FN Herstal pistolet maszynowy UZI wszedł do uzbrojenia portugalskich sił zbrojnych jako Pistola-metralhadora 9 mm Uzi m/961

W 1961 roku Portugalia chciała wybrać nową broń strzelecką. Kupiono wówczas 4795 karabinów FN FAL (z czego 970 z dwójnogami) dostarczonych przez fabrykę FN Herstal i 2825 karabinów automatycznych G3 (z czego 425 z dwójnogami) produkowanych przez Heckler & Koch. Belgijska konstrukcja zyskała oznaczenie Espingarda Automatica 7,62 mm FN m/962, gdy niemiecki model Espingarda Automatica 7,62 mm G3 m/961.

Co ciekawe, wojska lotnicze zdecydowały się w 1961 roku na zakup całkiem innej broni. Spadochroniarzy uzbrojono w zamówione w Holandii karabiny AR-10 (jako Espingarda 7,62 mm m/961), produkowane przez Artillerie Inrichtingen. Planowano wprowadzenie tej broni do uzbrojenia jako podstawowej, ale na przeszkodzie stanęła krytyka dyktatury Salazara przez władze Stanów Zjednoczonych i Niderlandów.

Po próbach polowych w Angoli zdecydowano się przyjąć niemiecki G3 do uzbrojenia jako podstawową broń indywidualną. Broń okazała się bardziej żołnierzoodporna od FN FAL. Pierwsza dostarczona z Niemiec partia liczyła osiem tysięcy G3 (m/961). Jednocześnie kupiono licencję na produkcję G3A3 w Portugalii.

Karabiny nazwane Espingarda Automatica 7,62 mm G3 m/963 od 1962 roku składano, a następnie produkowano w zakładach Fabrica Militar de Braco de Prata (FMBP). Co ciekawe, zamówienie kompensujące złożyli  od razu Niemcy, którzy kupili 50 tysięcy portugalskich G3. Produkcja szybko rosła: w 1963 zakłady dostarczyły 11 867 karabinów, a w 1964 liczba ta zwiększyła się ponad dwukrotnie do 23 724. Do 1988, czyli do zakończenia wytwarzania m/963 w Fabrica Militar de Braco de Prata powstało tam 442 197 konstrukcji tego typu.

Nie oznacza to jednak, że więcej karabinów FN FAL nie trafiło do sił zbrojnych. Wręcz przeciwnie, rząd zamówił 12,5 tysiąca m/962 bezpośrednio od belgijskiego producenta. Niemcy także przekazali Portugalczykom w rozliczeniu 15 tysięcy G1. Pod takim bowiem oznaczeniem karabin FN FAL wprowadzono do uzbrojenia Bundeswehry. Wówczas Portugalia zdecydowała, że m/962 (FN FAL) trafią do Mozambiku, a m/961 (G3) do Angoli.

Duch pierwszej wojny

Diorama naturalnej wielkości pokazująca realia walki i życia w okopach podczas I wojny. Początkowe politowanie dla rysów manekinów ustępuje dławiącemu uczuciu dotknięcia przedsionka piekła

Sporą uwagę poświęcono I wojnie światowej, co zbiegło się ze stuleciem jej zakończenia. Portugalia wzięła w niej udział związana z Wielką Brytanią najstarszym sojuszem wojskowym na świecie. Oba państwa podpisały w 1386 Traktat windsorski. Po zaatakowaniu Mozambiku przez siły niemieckie z Tanganiki, żołnierze portugalscy ruszyli do Flandrii. Być może spłacali dług wdzięczności za pomoc okazaną mieszkańcom Półwyspu Iberyjskiego przez Brytyjczyków sto lat wcześniej?

Po powrocie z wojny weterani, w tym 30 tysięcy rannych, z przerażeniem zorientowało się, że rząd niezbyt przejmuje się ich losem. Dopiero w 1923 roku powstała Liga dos Combatentes da Grande Guerra, która zajęła się oddolnie pomocą uczestnikom walk – żołnierzom często ciężko zatrutym gazami, okaleczonymi fizycznie i psychicznie.

Pierwszej wojnie światowej poświęcono wiele miejsca w całym muzeum. W środku jest osobny pawilon, w którym umieszczono dioramę w naturalnej wielkości prezentującą różne epizody życia w okopach na pierwszej linii frontu. Choć początkowo wydaje się to nieco kiczowate, to jednak wymusza zadumę nad straconym pokoleniem. Wielka wojna to swoiste samobójstwo Europy i koniec jej potęgi. W tym konflikcie zginęły miliony ludzi. Ilu było wśród nich niedoszłych wynalazców, lekarzy, czy poetów? Czy wiedzieli za co giną? Zamiast księgi pamiątkowej w muzeum wystawiono prosty zeszyt. Zostawiam w nim wpis, chociaż słowa nie oddają uczuć.

Pod błękitną flagą

Sala poświęcona błękitnym beretom. Wygląda na to, że Portugalczycy zapewniają łączność i wodę

Głównym punktem ekspozycji działań w ramach ONZ jest sprzęt łączności: radiostacje i radiotelefony różnych typów i generacji oraz łącznice telefoniczne

Poczwórnie sprzężony holowany zestaw przeciwlotniczy M55 (wieża M45 Quadmount z czterema M2HB na przyczepce M20). Używany głównie do zwalczania atakujących Focke-Wulfów

Chodnik najwyższej kondygnacji fortu z ekspozycją artylerii obrony wybrzeża

Następnym etapem zwiedzania jest sala poświęcona udziałowi Portugalii w misjach pokojowych i stabilizacyjnych. Głównym punktem ekspozycji jest sprzęt łączności: radiostacje i radiotelefony różnych typów i generacji, łącznice telefoniczne i dodatkowe wyposażenie. Oprócz tego wszechobecne obrazy, zdjęcia i manekin w błękitnym berecie.

Potem spacer chodnikiem przy dawnych stanowiskach artyleryjskich. Roztacza się z niego przepiękny widok na rzekę i płynące nią pełnomorskie statki. Minąć tutaj można od dawna milczące odprzodowe i odtylcowe działa. Niektóre pamiętają czasy naszych powstań z XIX wieku.

Mijam wreszcie budkę wartowniczą z manekinem w mundurze pustynnym. Budka jest stalowa i pomalowana na ciemnozielony kolor. Mam nadzieję, że podczas służby była ustawiona gdzieś w cieniu, bo inaczej wartownik mógł czuć się jak kurczak w piekarniku.

 

Z Lizbony do Rio

Replika wodnosamolotu Fairey III D na którym dwóch portugalskich lotników przeleciało z Lizbony do Rio de Janeiro. Byli pierwszymi, którzy wykonali lot nad południowym Atlantykiem

Dźwig do podnoszenia i opuszczania wodnosamolotów w dawnej bazie lotniczej portugalskiej marynarki wojennej. Hydroplany wykorzystywano do patrolowania wybrzeży podczas II wojny

Trasa lotu przez Atlantyk. Podróż rozpoczęła się 30 marca i po wielu przygodach oraz zniszczeniu dwóch samolotów zakończyła 17 czerwca 1922 roku

Czas wracać po rodzinę, oddającą się leniuchowaniu przy Torre de Belem. Wracając w stronę klasztoru mijamy pomnik-replikę hydroplanu Fairey Aviation Company Fairey III D (oryginał o nazwie własnej Santa Cruz znajduje się w Museu de Marinha). Monument powstał dla upamiętnienia pierwszego przelotu nad południowym Atlantykiem.
Portugalia zamówiła hydroplany Fairey III D w 1921. Pierwszy samolot zmodyfikowany do odmiany F.400 i nazwany Lusitania był wykorzystany w 1922 do transatlantyckiego lotu. Celem było osiągnięcie Rio de Janeiro, ówczesnej stolicy Brazyli. Podróż miała upamiętnić setną rocznicę uzyskania przez to państwo niepodległości. Załoga hydroplanu składała się z dwóch lotników portugalskiej marynarki wojennej: kapitan (po locie awansowany na wiceadmirała) Carlos Viegas Gago Couthino i Artur de Sacadura Freire Cabral.

Poza czysto propagandowym celem podróży, lot miał posłużyć głównie do testowania nowego lotniczego systemu nawigacyjnego opracowanego przez Couthino – sztucznego horyzontu. Umożliwiał on określenie orientacji przestrzennej samolotu względem płaszczyzny horyzontu lokalnego. Jest to niezbędne wyposażenie do wykonywania lotów bez widoczności ziemi – w chmurach lub nocy.

Podróż rozpoczęła się 30 marca 1922 roku. Hydroplan Fairley III D wystartował z bazy marynarki wojennej Bom Sucesso ulokowanej niedaleko wieży Belem. Slip i oryginalny żurawik służący do podnoszenia hydroplanów również zostały zachowane i znajdują się nieopodal repliki.

Z Portugalii lotnicy polecieli na południowy zachód, najpierw na Wyspy Kanaryjskie, odwiedzili Wyspy Zielonego Przylądka, później Wyspy Świętego Piotra i Pawła. Tam 17 kwietnia przy lądowaniu na wzburzonych falach hydroplan utracił pływak i zatonął. Lotników podjął krążownik NRP Republica wysłany przez portugalską marynarkę do wsparcia misji. Okręt zawiózł Couthino i Cabrala na archipelag Fernando de Noronha.
Wyczyn portugalskich lotników był na bieżąco opisywany przez prasę. Stąd też wzięła się jego ogromna popularność po obu stronach Atlantyku. Społeczeństwa Brazylii i Portugalii zainspirowane lotem wymusiły na władzach portugalskich dostarczenie lotnikom drugiego samolotu, co umożliwiło im kontynuowanie podróży. Zapasowy Fairey III D dotarł na miejsce dopiero 6 maja 1922 roku.

W pięć dni później samolot nazwany Patria wystartował, aby dokończyć podróż. Niestety, lotników prześladował pech. Awaria silnika wymusiła lądowanie na otwartym morzu i dziewięciogodzinny dryf w oczekiwaniu na pomoc. Rozbitkowie zostali w końcu uratowani przez brytyjski parowiec SS Paris City, który odwiózł ich do miejsca skąd wylecieli.

Podróż wypadało triumfalnie dokończyć. Dlatego marynarka wojenna wysłała na archipelag kolejny portugalski krążownik z kolejnym zapasowym samolotem na pokładzie. NRP Carvalho Araujo dostarczył lotnikom trzeci już hydroplan Fairey III. Żona brazylijskiego prezydenta nadała mu miano Santa Cruz.

5 czerwca 1922 podróż została wznowiona. Samolot dotarł do kontynentalnej Brazyli. Najpierw Fairley III lądował w nadmorskim mieście Recife, później odwiedził miejscowości Salvador i Vitoria, aż 17 czerwca 1922 roku doleciał do stolicy – Rio de Janeiro. Tam dwóch lotników powitano jak bohaterów i fetowano ich sukces. Choć podróż zajęła im aż 79 dni, to jednak czas rzeczywistego lotu wyniósł jedynie 62 godziny i 26 minut.

Żona nie może uwierzyć, że oryginał był zbudowany z drewna, płótna malarskiego i drutu fortepianowego. A córeczka pyta: Tatusiu, takim będziemy lecieć do domu? Żałuję, Emilko, ale nie. Byłaby to jednak sensacja.

 

Dziękuję Paulinie Barć-Jarnalo i Pedro Jarnalo za uwagi i bezcenne informacje, które posłużyły wzbogacenia tekstu

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

The Boneyard – Relacja z Arizony

Michał Adamowski, korespondent Magazynu Militarnego MILMAG, przygotował fotorelację z największego złomowiska lotniczego na świecie w bazie lotniczej Davis-Monthan w Arizonie.

X